Zdjęcie: Pixabay
18-08-2026 09:30
Zaledwie dwa miesiące minęły od opisywanego braku zrozumienia ukraińskich elit, finalnej ceny za to, co stało się za sprawą decyzji prezydenta Zełenskiego, a która rozpoczęła cały proces wymiany wzajemnych ciosów dyplomatycznych. Brak wcześniejszej refleksji i zmienna fortuna belli, czyli nowy klincz dronowy wokół blokady eksportu morskiego i niestety efekty uderzeń rakietowych Moskali, uprzytomniły w Kijowie rolę bliskości sojuszniczej . Notabene, ten krótki okres czasu pokazuje również stopień przyspieszenia wydarzeń w naszym regionie.
"Biuro prezydenta Wołodymyra Zełenskiego opracowało plan działań, które mają ocieplić wizerunek Ukrainy w Polsce. Do jego realizacji ma zostać zaangażowana zewnętrzna agencja PR. Plan jest elementem odpowiedzi na kryzys w relacjach dwustronnych, pogłębiony w wyniku majowej decyzji o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia Bohaterów UPA." - podał Michał Potocki na łamach "Dziennika Gazety Prawnej". W polskich mediach powielających tę wiadomość pojawiały się takie tytuły: "Zełenski ma pomysł na Polskę. Chce poprawić wizerunek Ukrainy". Oczywiście z polskiego punktu widzenia warto zadać pytanie: dlaczego doprowadzono do takiej sytuacji?
Próby odpowiedzi na to pytanie już się pojawiały, ale i tak efekt niesmaku krótkowzrocznych działań obecnego prezydenta Ukrainy, a przy tym jego zaplecza medialno-propagandowego, pozostanie nad Wisłą na dłużej . Co więcej, dla satysfakcji wielu, ostatnie dane dotyczące możliwych zmian politycznych w razie przeprowadzenia wyborów na Ukrainie, wróżą upadek obecnego układu władzy. I tak, w stabilnych demokracjach znane jest to zjawisko od wieków, przypominając tylko odejście Churchilla i gen. de Gaulle'a po II wojnie światowej.
Nie tylko polscy dyplomaci zapewne zauważyli, iż najpoważniejszy konkurent Zełenskiego, obecny ambasador Ukrainy w Wielkiej Brytanii, i były szef USZ, gen. Walerij Załużny, nie wypowiadał się szerzej publicznie na temat polsko-ukraińskiego sporu historycznego. Natomiast przytacza się jedną z ostatnich wypowiedzi, w której skupia się na przyszłości ukraińskich aspiracji do NATO.
"Bardzo dobrze znam NATO. Przez chyba 12 lat osobiście zajmowałem się tym, abyśmy przyswoili standardy NATO, i co roku słuchałem bajek o tym, że już, zaraz, za chwilę wstąpimy do NATO. Nigdy do niego, niestety, nie wstąpimy!” – podkreślił generał Załużny. Walerij Załużny uważa, że przeszkodą dla wstąpienia Ukrainy do Sojuszu jest fakt, iż „nie da się dołączać z tym poziomem rozwoju, jaki istnieje w Siłach Zbrojnych Ukrainy… do organizacji, która posługuje się doktrynami z czasów II wojny światowej”. Bardzo negatywnie ocenił również zdolności NATO, mimo członkostwa Wielkiej Brytanii, USA i innych państw. „Najprawdopodobniej NATO pozostanie w takiej samej formie, w jakiej jest obecnie, i przez jakieś 12 lat będzie – tak jak Ukraina – przechodzić na standardy, które trzeba osiągnąć, by dorównać choćby do połowy poziomu Federacji Rosyjskiej” – oświadczył. Mimo tej oceny Załużny przyznał, że „Ukraina potrzebuje technologii, które obecnie wciąż znajdują się w krajach NATO”, w tym m.in. w zakresie obrony antybalistycznej czy możliwości kosmicznych." - czytamy jego wypowiedź.
Według podawanej przez polskie media wypowiedzi amb. Jana Piekło, byłego szefa polskiej ambasady w Kijowie, jest to polityczna wypowiedź oparta na żalu Ukraińców, przed którymi drzwi do NATO nadal są zamknięte. A tym samym miałby to być początek kampanii wyborczej Załużnego. Ten wątek z kolei wróży ukraińskie kalkulacje bliskiego zakończenia walk, bo tylko tak można przeprowadzić jakiekolwiek wybory. Jednak wróćmy do możliwości naprawy relacji polsko-ukraińskich.
Z punktu widzenia obywatelskiego to tylko wielka polityka, która ma konkretne przełożenia, jak polsko-ukraińska akcja „Płomień Braterstwa” środowisk skautowskich, czy życzenia USZ dla Wojska Polskiego. Rzeczowe i stonowane były również wypowiedzi ambasadora Wasyla Bodnara dla ukraińskich mediów. Jednak mam podstawy sądzić, że nie tylko w mojej ocenie, to nie agencje PR zadecydują o tym co stanie się przełomem między narodami, kiedyś tworzącymi jeden organizm. Stabilną poprawa, wymaga gruntownej korekty podejścia Kijowa, a to za sprawą wymiany sił politycznych. Jednak to już sprawa samych Ukraińców.
"Ukraina nadal cieszy się szerokim wsparciem Zachodu – w szczególności ze strony wschodniej flanki NATO i krajów nordyckich – mimo okresowych sporów politycznych. Jest mało prawdopodobne, aby to wsparcie zniknęło, i tak też nie powinno się stać. Jednak jakość tych partnerstw w coraz większym stopniu będzie zależeć od własnej polityki Ukrainy, w tym od zarządzania sprawami wewnętrznymi. Nie ma nic złego w dumie narodowej czy pewności siebie, zwłaszcza w przypadku kraju walczącego o przetrwanie. Ale budowanie polityki wyłącznie wokół takich emocji rzadko prowadzi do dobrych rezultatów. Suwerenizm może wydawać się atrakcyjny, jednak w praktyce stwarza ryzyko stoczenia się w prowincjonalizm. Oznaki myślenia suwerenistycznego można znaleźć w całym ukraińskim spektrum politycznym, choć na szczęście pozostaje ono dalekie od dominacji. Niedawne masowe demonstracje przeciwko odwołaniu Mychajły Fedorowa – powszechnie postrzeganego jako twarz ukraińskiego programu reform – sugerują, że dla wielu Ukraińców modernizacja wciąż jest priorytetem wobec populizmu." - napisał Michał Kujawski, publicysta "Kyiv Post".
Moją znacznie większą troskę wzbudzają nastroje na północnych krańcach byłej I Rzeczpospolitej. Tego samego dnia co w Polsce - 15 sierpnia - w "łotewskiej Częstochowie", czyli sanktuarium maryjnym w Agłonie, odbyła się transmitowana przez telewizję publiczną msza św. w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Przypomnijmy, że najważniejsze dla Łotwy sanktuarium powstało dzięki fundacji Szostowickich herbu Odyniec, a w samej Agłonie nadal żyją miejscowi Polacy. Należy też dodać, że tradycja wizyt prezydentów Łotwy w świątyni jest bardzo długa. I tym razem, w bazylice, głos zabrał prezydent Edgars Rinkēvičs.
"Niestety realia obecnych czasów nie tylko na Łotwie i w Łatgalii, ale na całym świecie to zagrożenie powietrzne. Nowe incydenty mogą się powtórzyć. Jeszcze wczoraj sobie z tym poradziliśmy. Wielkie dzięki wszystkim służbom, które na co dzień i w święta dbają o nasze bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo Łotwy to nie tylko ich praca. Ponieważ Łotwa to nie "oni" i "my". Łotwa to my wszyscy – jedno wielkie "My".(...) Musimy chronić naszą Łotwę zarówno fizycznie, jak i duchowo. Nie wolno nam rozmieniać się na drobne. Nie wolno nam się kłócić. Nie wolno nam ulegać złu, nienawiści, uprzedzeniom i nietolerancji”. – podkreślił prezydent Rinkēvičs.
To wystąpienie, jak i pewne napięcie pielgrzymów, nie do końca pewnych bezpieczeństwa w czasie uroczystości - gdyż dzień wcześniej nad krajem został zestrzelony dron - obrazuje pewien stan zawieszenia. „Biorąc pod uwagę, że Rosja utknęła na Ukrainie i nieprzewidywalna, kraje na wschodniej flance zwracają coraz większą uwagę na różnego rodzaju sygnały i nadal robią wszystko, aby zapewnić bezpieczeństwo” – mówił prezydent Łotwy dwa tygodnie wcześniej.
To i napór migracyjny z Białorusi oraz zbliżające się wybory do Saeimy, łączą się ze złymi decyzjami, a raczej ich brakiem - w odniesieniu do budowy kluczowej linii Rail Baltica. Z punktu widzenia łotewskich polityków, jest to najwyraźniej tylko koszt i nie widzą w tym sensu rozwoju. Mimo iż byłoby to naturalne wyjście po kłopotach z faktycznym ograniczeniem dotychczas wykorzystywanego kierunku handlu z Rosją. W tym przypadku, nienazwane wprost, oczekiwanie na bliski pokój na Ukrainie jest ułudą, zwiastująca tylko kłopoty.
To co łączy oba te wątki to znów ubiegłotygodniowy wspólny mianownik - bez zrozumienia wspólnoty losów i porzucenia bardzo krótkoterminowych zysków na rzecz strategicznego wysiłku większej współpracy, możemy być tylko pojedynczymi narzędziami, z takimi samymi efektami, rozpływającymi się w czasie. W coraz bardziej pofragmentowanym świecie, to najbliższy wolny sąsiad powinien stać się faktycznym sojusznikiem.