Opinie Komentarze Analizy

Spóźnione refleksje

Zdjęcie: Pixabay

Spóźnione refleksje

Michał Mistewicz

02-06-2026 09:30

"Poprzednie pokolenia definiowały epoki, w których żyły, poprzez wojny, które toczyły: I wojnę światową, II wojnę światową oraz zimną wojnę. Naszym chaotycznym czasom trudno jednak nadać równie chwytliwą nazwę. Żyjemy w Epoce Niepewności - czasie wojen kinetycznych i operacji hybrydowych, sabotażu i cyberataków, deepfake’ów i powierzchownych sojuszy; w świecie, który coraz częściej zdaje się stać na krawędzi katastrofy." - czytamy opublikowany wczoraj komentarz prof. Jill Dougherty z Uniwersytetu Georgetown dla estońskiego ICDS.

Na Amerykance mocno związanej z mediami swojego kraju,  największe wrażenie robią klasyczne rosyjskie ataki dezinformacyjne. Wraca więc do zagrożenia Narwy, do obrazu przejścia w Kibartach, między Litwą a eksklawą królewiecką, które tak bardzo przypominają obrazy z epoki zimnej wojny. Ostatnie zdanie brzmi dla naszych doświadczonych narodów szczególnie symptomatycznie: "Nasza era niepewności dopiero się zaczyna.". Ponownie punkt widzenia zależy od punktu obserwacyjnego.

Sęk w tym, że o ile dla mieszkanki zaoceanicznego mocarstwa to tylko przejaw tarcia w "small-time countries" gdzieś w posowieckiej głuszy, to dla nas jest to codzienność. Innymi słowy, nie powinniśmy odcinać sytuacji Estonii czy Łotwy od przyszłości Polski, czy Mołdawii od Litwy czy Ukrainy. Kluczowe obecnie dla naszego bezpieczeństwa realia na Białorusi uświadamiają, że to co uderzy w którykolwiek wolny kraj wspólnej przestrzeni, odbije się na historii każdego z nas.

Kiedy lata temu wspominałem, że ideologicznym celem Rosji jest nie tyle uderzenie w konkretne państwa NATO, ale odcięcie swojego kawałka historycznego snu o imperium i przy tej okazji ostatecznego zniszczenia wolnościowej idei Rzeczpospolitej, niewielu przyjmowało to do wiadomości. Tymczasem fakt po fakcie, rok po roku, znaleźliśmy się w chwili, w której znów doceniamy rolę współpracy między naszymi krajami - chociaż wciąż bardzo nieśmiałej i obarczonej błędami.

Ponad rok temu pisałem w "Niepewności", że obecne warunki stworzone przez administrację USA wywołały określone skutki dla naszego regionu. Pytanie, które warto teraz postawić dotyczy tego, czy znaleźliśmy na to odpowiedź. Gabrielius Landsbergis, były szef litewskiej dyplomacji kilka tygodni temu ironizował, że najlepiej byłoby gdyby Europa Zachodnia nie starała się uczestniczyć w tzw. procesie pokojowym.

"Czego Putin zażądałby od Europejczyków? Zgody na brak rozszerzenia UE, zniesienie sankcji, brak nowych pakietów pomocowych dla Ukrainy itd. Cokolwiek by nie zażądał, z pewnością osłabiłoby pozycję Ukrainy.  Nie widzę więc żadnej wartości dodanej wynikającej z udziału UE; wręcz przeciwnie, UE — jeśli byłaby zaangażowana — mogłaby próbować odgrywać rolę, która wyglądałaby dokładnie tak samo jak rola USA, tj. próbować nakłonić Ukrainę do zaakceptowania niektórych żądań Putina, nie dlatego, że jest to najlepsze dla Ukrainy, ale dlatego, że UE chce zakończyć wojnę dla siebie. " - zauważał Landsbergis.

Ostatni przejaw niepewności dotyczył ataku rosyjskiego drona w rumuńskim Gałaczu. Tym samym, który niegdyś był ważnym portem przeładunkowym dla towarów idących z Rzeczpospolitej na południe oraz z Orientu o Lechistanu. Współczesne wydarzenia ujawniły znów problemy wewnętrzne. Oczywiście jednym z pierwszych reakcji były słowa wsparcia z Mołdawii. Jednak co z bezpieczeństwem NATO? Do uszu obywatela wspólnej przestrzeni ponownie dotarły nic nie znaczące słowa o "przekraczaniu kolejnej linii". Automatycznie więc pojawia się pytanie: i co dalej?

"Jeśli pytają państwo o moją osobistą opinię, to uważam, że jeśli ktoś do ciebie strzela, to w zasadzie powinieneś odpowiedzieć ogniem. W moim idealnym świecie rozmawialibyśmy dziś o tym, że gdzieś w rosyjskim przemyśle dronowym, w jakimś strategicznym obiekcie, znajduje się wielka czarna dziura, z której unosi się dym, a Rosjanie zastanawiają się, co zrobić z tą wiedzą." - mówił Raimond Kaljulaid, członek Komisji Obrony Narodowej estońskiego parlamentu (Riigikogu).

"Bez wątpienia, ale niestety w rzeczywistym świecie najprawdopodobniej nie ma gotowości do podjęcia takich działań w przypadku incydentu, który prawdopodobnie nie był zamierzony, co moim zdaniem jest błędem. Uważam, że jesteśmy zbyt pobłażliwi już od 2014 roku, kiedy Rosjanie zestrzelili nad Europą samolot pasażerski, w wyniku czego zginęło kilkaset osób, w tym wielu obywateli państw europejskich. Drugą, być może dobrą alternatywą, byłoby – moim zdaniem – zrobienie czegoś, czego dotąd nie zrobiliśmy, pomagając Ukrainie. W rzeczywistości wiele państw ma w szufladach swoich ministrów obrony listy działań lub środków, którym do tej pory mówiono „nie”. Być może warto byłoby zamienić te „nie” na „tak”, a efekt byłby w praktyce taki sam." - odpowiadał estoński polityk na pytanie, czy odwet powinno przeprowadzić państwo NATO.

Mroczną stroną naszej odpowiedzi pozostaje magiczny lęk przed eskalacją. Nie lubimy tego znaczenia, a nawet samego słowa. Jako światli Europejczycy przedkładamy rozmowy nad uderzenie pięścią. Humorystycznie można napisać, iż wynika to z tego, że znów ktoś kiedyś nakręci film, w którym bohater mówi "ale nawarzyłem bigosu". Ale to wynika z kalkulacji: historycznie nie być tym pierwszym. Pech chce, że obecnie nadal jesteśmy tym drugim, który obrywa. Przyczyny obaw są zresztą jeszcze głębsze, te o których kiedyś wspominałem.

"Jak zauważa poseł do Parlamentu Europejskiego Mārtiņš Staķis, dostępne są różne źródła finansowania służące wzmocnieniu zdolności obronnych Europy. Jednak niektórych problemów obronnych nie da się szybko rozwiązać, nawet jeśli zapewnione są środki finansowe.(...)  Według Stačisa, w kolejnym wieloletnim budżecie UE planowane jest dziesięciokrotne zwiększenie finansowania mobilności wojskowej – z 10 mld euro do prawie 100 mld euro. Jednak jego zdaniem nawet to wciąż za mało." - czytamy w łotewskich mediach.

Najnowsze zamówienia obronne dla Wojska Polskiego bardzo cieszą, mimo, że wypływają z tych jakże spóźnionych refleksji całego kontynentu. Może się bowiem zdarzyć, że to czy są to pieniądze z SAFE czy też - bardziej rozsądne środki własne - za chwile może nie mieć żadnego znaczenia. Zaś wracając do niepewności sojuszniczej.

"Obok kilku innych państw europejskich Polska pozostaje kluczowym partnerem, który jest w stanie wspierać USA w stabilizacji zachodniego obszaru Eurazji. Świadomość tego potencjału w połączeniu z wolą polityczną oraz zdolnościami do realizacji tego rodzaju zadań stanowi kluczowy atut Polski w relacjach z USA, który dodatkowo może pomóc zminimalizować ryzyko samowasalizacji. (...) Polska reakcja na decyzję DoW pokazuje również, jak istotna jest współpraca głównych ośrodków władzy, tj. rządu RP i Kancelarii Prezydenta RP, oraz jak bardzo szkodliwe jest priorytetyzowanie interesów partyjnych wynikających z wewnętrznej dynamiki politycznej kosztem interesów polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Staje się to jeszcze bardziej widoczne w kontekście relacji z USA, których administracje w ostatnich latach coraz częściej starają się maksymalizować zyski i tworzyć lewary, wykorzystując wewnętrzną polaryzację polityczną w Polsce." - pisał dr Jakub Bornio z Zespołu Bałtyckiego IEŚ. Jakże często współczesność nawiązuje do słów cytatu Józefa Pawlikowskiego, o którym wspominałem w poprzednim komentarzu.

Do niepewnych refleksji skłania też najnowszy plan przesunięcia odpowiedzialności za bezpieczeństwo Estonii i Łotwy ze Szczecina do Münster - czyli zamiast pozostać na wschodzie, to odsuwa się 600 km drogą na zachód do Niemiec. Tłumaczy się to planami omówionymi na szczycie NATO, ale czy nie wynika to bardziej z planów amerykańskich zmian wojskowych w regionie? Wreszcie czy Polska jako kluczowy kraj obrony dla państw bałtyckich nie powinna bardziej zaznaczyć swojej obecności? To tylko pytania, które wkrótce mogą pojawić się szerzej w mediach.

A błędy współpracy w naszej wspólnej przestrzeni? No cóż, decyzja prezydenta Zełenskiego to kolejny błąd samych ukraińskich władz, które na fali pochówku Melnyka w Kijowie, postanowiły pójść tą bardzo złą drogą. Nie przykryło tego efektu, słabo nagłośnione upamiętnienie Symona Petlury w Lublinie. Tylko wspomnę rzecz oczywistą ukraińskim Czytelnikom, że to właśnie potomkowie pomordowanych przez UPA wspierają Wasz kraj od pierwszych chwil. Tamtych błędów nie warto powielać.

Nie wspominamy poległych pod Batohem czy ofiar koliszczyzny, ale tych, których pamięć jest wciąż obecna wśród nas. Jak sami mówicie: повага. Czy będzie to stanowić dalszy problem w naszych relacjach? Nawet z śląskiej perspektywy widać, że w tak oklejonym tramwaju do Brukseli dojechać będzie Wam bardzo trudno. Zresztą na to musicie odpowiedzieć sobie sami. Robimy postępy we współpracy i też warto to docenić. Po to, aby nie pisać później o spóźnionych refleksjach.


opr. wł.
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl