Zdjęcie: Wikipedia
20-10-2026 09:30
"W moim przekonaniu Ameryka i Rosja dokonają rozbioru świata, lecz nie politycznego, a biznesowego. Widać to po ostatnich negocjacjach i dzieleniu tortu. Kosztem Europy naturalnie. Wygląda to źle." - smutna konstatacja dr Beaty Górki-Winter, ekspertki Centrum Stosunków Międzynarodowych, to następne potwierdzenie wniosków minionego komentarza. Bez władzy nad tą wagą, na której leżą losy naszych krajów, nie zaznamy upragnionego spokoju. Nietrudno przy tym zauważyć, iż tkwimy w podobnym schemacie rozważań co nasi poprzednicy w okresie niedawnej zimnej wojny.
A czego nas nauczyły poprzednie dni? Zacznijmy od tego, iż można oskarżyć ofiarę o napaść na samą siebie, podobnie jak to zrobił Łukaszenka z Łotwą, nawiasem mówiąc potwierdzając, że bez jego wiedzy nie może się odbyć żadna akcja służb na granicy. A przy tym warto zauważyć, że taki zabieg propagandowy - wykorzystywany wszak od wieków, z drugowojennymi epizodami włącznie - to nowy, przewidywalny element trwającej eskalacji. Przygotowany oczywiście odpowiednio wcześniej, z "wrzutkami" zacierającymi ślady autora.
"Ile razy zapewniano nas, że jeśli „zielone ludziki” pojawią się na terytorium NATO, będziemy gotowi się z nimi rozprawić, bez zadawania pytań? Ale ci sabotażyści, przynajmniej z raportów, które widzieliśmy, wyglądają bardzo podobnie do zielonych ludzików, na których obecność mówiliśmy, że będziemy gotowi. A jednak nie zostali pokonani. To nie pierwszy raz, kiedy doszło do podobnych incydentów. Kilka miesięcy temu grupa mężczyzn wyszła z tunelu dla migrantów na granicy litewskiej i próbowała porwać strażnika granicznego. Na szczęście strażnikowi udało się uwolnić i wrócić w bezpieczne miejsce, ale zielone ludziki uciekły. " - zauważa z przekąsem Gabrielius Landsbergis, były szef litewskiej dyplomacji.
Landsbergis gorzko zauważa, że reakcja Zachodu to wciąż obietnice napadniętego dzień wcześniej przez bandytę człowieka, który stara się przekonać sam siebie, że następnym razem stawi opór, lecz historia się powtarza z coraz gorszym wynikiem. Najbardziej istotna jest inna uwaga.
"Problemem nie są nasze możliwości, lecz jedynie chęć, której nam brakuje. Ten ekspert na konferencji w Waszyngtonie miał rację – USA nie będą walczyć z Rosją o spalony garaż. Większy problem polega na tym, że reszta z nas nie wie, kiedy, o co, jak, a nawet czy w ogóle USA zdecydują się walczyć z Rosją. Nadal wyobrażamy sobie, że zapalnikiem będą kolumny czołgów przejeżdżające przez granice NATO, tak jak to miało miejsce, gdy Rosja próbowała zdobyć Kijów w lutym 2022 roku. Ale jak mówią moi ukraińscy przyjaciele – Rosjanie są źli, ale nie głupi. Nie powtórzą taktyki, która zawiodła w 2022 roku. Nie dadzą USA jasnego uzasadnienia dla interwencji. Ale jednocześnie Rosjanie nie wahają się powodować strat w ludziach ani uszkodzeń krytycznej infrastruktury na terytorium NATO. I skąd ta śmiałość? Ponieważ reakcja na dotychczasowe wydarzenia upewniła ich, że nawet jeśli cel „coraz bardziej dynamicznego ataku hybrydowego” jest większy niż garaż, to wyrządzone szkody i tak nie wywołają reakcji ze strony USA. " - napisał były szef litewskiego MSZ.
Tymczasem od Tallina i Rygi, przez litewskie Wilno, aż po Warszawę słychać to samo: obrona od pierwszego metra (a przecież jeszcze rok temu były to centymetry). I w tym właśnie tkwi sedno ostatnich incydentów. Nie ma wroga w znanym kamuflażu, z powiewającymi flagami, nawet bez skromnej wstążki św. Jerzego. Są za to kilkuosobowe grupy szturmowe, w paramilitarnych ubraniach "do kupienia w każdym sklepie". Jak za czasów XVII wiecznych walk Rzeczypospolitej z Moskalami, zbrojny wypad zwany "wycieczką", zaznaczenie obecności (w tym wypadku kradzież i zniszczenie mienia) i powrót.
Jaki jest bezpośredni efekt? Niepokój miejscowej ludności, rozszerza się kaskadowo za pomocą mediów, znacznie dalej od miejsca ataku. Taki scenariusz, dotąd teoretyczny, był niemal na pewno omawiany przez ekspertów i równie wielką liczbę analiz, a jednak znów reakcja na takie uderzenia jest niewystarczająca. Oczywiście taki jest pogląd atakowanego społeczeństwa. Tym samym wojna przenosi się na łamy medialne.
"Regionalne plany NATO opierają się na siłach europejskich działających jako pułapka, która ma utrzymać przeciwników do czasu przybycia posiłków ze strony USA. Jednak w obecnych okolicznościach trudno mieć pewność, że pełna skala amerykańskich posiłków uwzględnionych w planach będzie dostępna. Europejskie NATO musi być w stanie odstraszać w pierwszej kolejności, a w razie potrzeby samodzielnie bronić swojego terytorium. " - czytamy w komentarzu na łamach estońskiego ICDS.
"Jeśli ktoś będzie na tyle nierozsądny, aby nas zaatakować, my będziemy walczyć" - słowa naczelnego dowódcy sił sojuszniczych NATO w Europie, gen. Alexusa Grynkewicha, który na Warsaw Security Forum przedstawił koncepcję teorii zwycięstwa, napawają otuchą. Jednak dotyczą zdarzenia stricte militarnego. Tutaj, mamy do czynienia z niewinnym z pozoru, niemal wybrykiem chuligańskim. Nieco podobnym, jak migracyjna pokazówka reżimu Łukaszenki urządzona w połowie listopada 2021 roku na naszej, polskiej granicy.
W tym miejscu znów wypowiem, nie tylko już swoją, opinię: jesteśmy nie w czwartym, ale w piątym roku toczącej się wojny przeciwko ideom zawartym w fundamentach byłej I Rzeczpospolitej. Ta sama wojna, która za pomocą huku dział i wybuchów dronów i rakiet toczy się na Ukrainie, na naszej polsko-litewsko-inflanckiej flance zaczęła się ponad pół roku wcześniej w ramach operacji odwracania uwagi, czy później wielopoziomowych nacisków na Zachód w kwestii pomocy Ukrainie. Ewaluowała w obecne zachodnie obawy i odnotowane fakty fali sabotaży.
Czy nie czas dać jednej jasnej odpowiedzi, czytelnej dla naszych społeczeństw, a jednocześnie wzorem współczesnych lisowczyków, pokazać przeciwnikowi, czym może być realna odpowiedź obrony? Tym razem bez słów, bez ostrzeżenia, bez dronów, bez wyraźnej eskalacji. W tym szarym, ale własnym stylu rodzimego wypadu. Czy to się stanie? Wymaga to niezbędnej odwagi politycznej, gdyż odpowiednie umiejętności zapewne posiadamy od dawna. To nie jest oburzające nakłanianie do podniesienia stopnia obecnego pożaru, ale rezultat złości dotąd napadanego obywatela, że ta wyświechtana przez polityków, "czerwona granica" rzeczywiście istnieje. To przecież nasz, wykształcony przez kilka wieków, model biznesowy relacji z Moskwą.
I na koniec kolejna uwaga. Jeśli w takich decyzjach będziemy zależni wciąż od tej samej wagi, o której wspominałem w poprzednim komentarzu, nic się nie wydarzy. To wymaga konsensusu nie na poziomach oceanicznych, ale w środowisku narodów, które od dawna wiedziały, jak toczyć "dysputy" z Kremlem, gdzie gościliśmy - przypomnę również naszemu wrogowi - dwukrotnie.