Zdjęcie: Pixabay
29-08-2025 13:50
Ostatnie dane finansowe wskazują, że zakład szwajcarskiej firmy sprzętu kolejowego Stadler w Fanipolu pod Mińskiem zdołał wyjść z kryzysu i po latach strat osiągnął w 2024 roku zysk netto na poziomie 7,9 mln rubli. Jeszcze rok wcześniej firma notowała deficyt sięgający niemal 29 mln.
Choć przychody wciąż pozostają znacznie niższe niż przed wprowadzeniem zachodnich sankcji, poprawa bilansu sugeruje, że przedsiębiorstwo utrzymuje stabilną działalność. Zatrudnienie jednak mocno spadło – obecnie w fabryce pracuje nieco ponad 500 osób, podczas gdy przed pełnoskalową wojną na Ukrainie, liczba ta przekraczała 1700. Część pracowników przeniesiono do zakładów Stadlera w innych krajach, m.in. w Niemczech i USA.
Mimo ograniczeń wynikających z sankcji zakład nie został zamknięty. Stadler od początku deklarował, że nie planuje wycofania się z Białorusi, a jedynie ograniczenie produkcji do niezbędnego minimum. Władze spółki podkreślały, że pełne wznowienie działalności będzie możliwe dopiero po zniesieniu restrykcji. Równocześnie władze białoruskie starały się przekonywać, że zakład w Fanipolu działa, choć zmaga się z problemami w dostawach podzespołów. „Świat nie kończy się na Europie, znajdujemy alternatywne rozwiązania” – mówił przedstawiciel Białoruskiej Kolei Państwowej.
Nowym impulsem dla fabryki stał się podpisany niedawno kontrakt na dostawę 65 pociągów dla białoruskiej kolei, które mają zostać wyprodukowane właśnie w Fanipolu. Informacja ta kontrastuje z wcześniejszymi doniesieniami o negocjacjach z rosyjskimi inwestorami. Stadler zapewnił jednak, że nie sprzedaje swojego białoruskiego oddziału, pozostając jego jedynym właścicielem i w pełni przestrzegając wymogów sankcyjnych. Historia ostatnich lat pokazuje, że mimo politycznych napięć i ograniczeń gospodarczych Stadler nie zamierza opuszczać rynku białoruskiego. Przyszłość fabryki w dużej mierze zależy od decyzji politycznych, co potwierdzały wielokrotnie władze spółki.