Zdjęcie: Pixabay
13-01-2026 09:30
"Europa musi przede wszystkim wyzwolić się z hipnozy amerykańsko-rosyjskiej, w której trwa. Musi ona rozejrzeć się wokół siebie i myśląc kategoriami nie dyplomatycznymi ani politycznymi, ale cywilizacyjnymi i kulturalnymi, dokonać inwentaryzacji sił, które pozostały nietknięte przez technokratyczny obłęd. Geograficznie, siły te tkwią przede wszystkim w Azji, Afryce i płd. Ameryce. Troską Europejczyka nie powinien być ani neutralizm, ani Trzecie Mocarstwo, równie technokratyczne, co dwa pozostałe, ani wreszcie Jeden Świat, rosyjski czy amerykański (z europejskimi "poprawkami") ale nowa forma cywilizacji, która przezwyciężyłaby technicyzm i technokrację zatrzymując je w ich niepowstrzymanym pędzie ku katastrofie." - napisał w 1953 roku, Jan Ulatowski, krytyk sztuki i publicysta "Kultury".
Słowa te znów przywołuje nie bez powodu, gdyż, co jakiś czas sięgamy po pomysły z przeszłości, które nabierają nowego znaczenia. Zwłaszcza w momentach, kiedy waży się los porządku światowego. Wciąż tkwiąc w amerykańskocentrycznym modelu informacji prowadzonym przez media głównego nurtu, warto dostrzec przejawy nowego podejścia do relacji międzynarodowych. Za chwilę wrócę do tego wątku.
Uzupełnieniem zeszłotygodniowych spostrzeżeń o coraz bardziej rozchwianym systemie, w którym trwa - między innymi - walka o umysły co trwa na przykład w Estonii, jest kilka komentarzy, które pojawiły się w minionym tygodniu. Nie tylko w mojej opinii, od toczącego się procesu pokojowego, który jest dziwacznym tańcem wokół wiedzy, że nie ma pokoju bez zwycięstwa, nie można wiele oczekiwać. Dotyczy to także pustosłownych deklaracji "chętnych", które w swoje istocie są deklaracjami bezsilności wobec tejże wiedzy. Z kolei jak zauważa Adam Eberhardt, były dyrektor OSW, pozorne gwarancje będą wręcz prowokować agresora.
I dla przykładu, zeszłotygodniowy atak "Oresznikiem" na zakłady we Lwowie został dość jednoznacznie oceniony, jako forma nie tylko przekazu dla Zachodu, ale również propagandowe przykrycie ostatnich ciosów: przejęcie przez Amerykanów statku pod rosyjską banderą czy porażka sojuszniczego dla Kremla reżimu w Wenezueli, czy możliwość uderzenia w Iran.
"Władze rosyjskie ewidentnie wykorzystują atak na Oresznik jako środek odstraszający wobec krajów zachodnich, zniechęcając je do rozmieszczania wojsk na powojennej Ukrainie w ramach gwarancji bezpieczeństwa. Przewodniczący Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrij Miedwiediew otwarcie zagroził, że Rosja może użyć pocisków Oresznik przeciwko wojskom europejskim lub NATO, jeśli zostaną one rozmieszczone na Ukrainie po wojnie. Przewodniczący Komisji Spraw Międzynarodowych Dumy Państwowej Leonid Słucki również ostrzegł przed nieuchronnym odwetem za przyszłe naruszenia „czerwonych linii” przez Rosję. Analitycy ISW oceniają, że Kreml celowo obrał za cel atak najdalej na zachód wysuniętą część Ukrainy, aby zademonstrować Europie i Stanom Zjednoczonym ryzyko związane z udzielaniem Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa, w szczególności poprzez rozmieszczenie sił międzynarodowych, których rozmieszczenie jest obecnie przedmiotem negocjacji w ramach koalicji chętnych." - czytamy w omówieniu ISW.
A co dzieje się dalej w relacjach transatlantyckich? Artis Pabriks, dyrektor think tanku „Northern European Policy Center”, politolog i były łotewski minister obrony, stwierdził ostatnio, że działania USA w Wenezueli nie wskazują na chęć prezydenta Trumpa do zmiany tamtejszego reżimu i promowania demokracji, a jedynie na demonstrację swojej siły, co stanowi błędny precedens międzynarodowy. A można dodać, że takim precedensem może być los Grenlandii, a w jego efekcie dalsza przyszłość NATO.
„Idea ekspansji terytorialnej była historycznym trendem i ambicją wielkich mocarstw. Być może prezydent Trump postrzega dominację Stanów Zjednoczonych w kwestiach bezpieczeństwa globalnego jako dającą im możliwość, a tym samym prawo, do zajmowania strategicznych pozycji, które chcą zająć” – powiedział James Siebens, pracownik naukowy Stimson Center. Według eksperta, polityka zagraniczna administracji USA oznacza powrót do „przestarzałego postrzegania polityki światowej jako wielkiej gry między wielkimi mocarstwami”. Nie jest to pierwsza, ani ostatnia taka opinia wygłoszona w minionym czasie.
Rzecz w tym, że taki właśnie obraz współczesności otrzymuje zwykły obywatel naszego regionu. Co więcej, walczący Ukraińcy również wyciągają swoje wnioski, w tym z widocznej słabości naszego kontynentu.
"Europa stopniowo uświadamia sobie swoją kruchość w obliczu zagrożenia hybrydowymi i fizycznymi atakami na infrastrukturę energetyczną i krytyczną. Awaria prądu w spokojnym Berlinie, spowodowana sabotażem 3 stycznia, pozbawiła około 45 000 gospodarstw domowych i nawet 2000 firm prądu i ogrzewania na kilka dni. I ten przypadek nie jest odosobniony ani wyjątkowy. W latach szeroko zakrojonej wojny na Ukrainie sabotaż sektora energetycznego i infrastruktury europejskich miast we Francji, Niemczech, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii coraz wyraźniej kształtował nowy krajobraz bezpieczeństwa Europy. Te sabotaże mają wspólny charakter: lokalne grupy ekstremistów atakują sieci miejskie, podpalają transformatory i inny sprzęt, uszkadzają kable i węzły komunikacyjne. I, jak pokazał przypadek Berlina, Tego typu ataki opierają się na tej samej logice: są tanie i łatwe do przeprowadzenia, a przy tym niezwykle skuteczne." - napisała Maria Caturian z platformy Ukraine Facility.
"Wygląda na to, że Europa przygotowuje się na nową falę rosyjskiej wojny hybrydowej, w której infrastruktura krytyczna Morza Bałtyckiego staje się być może najatrakcyjniejszym celem dla kaprysów Kremla.*)...) Kreml oczywiście postrzega taką praktykę jako swego rodzaju element hybrydowej agresji przeciwko Europie, testującej jej możliwości, poziom bezpieczeństwa państw i całego regionu. Jednocześnie po raz kolejny pokazuje to, że Federacja Rosyjska nie ma zamiaru zaprzestać agresji, lecz otwarcie kontynuuje taktykę terroru, poszerzając swoje granice i przestrzenie – zarówno geograficzne, jak i czasowe." - zauważa Taras Popowicz, ukraiński publicysta.
W takim świecie pojawiają się więc odświeżone pomysły. Jak już kiedyś wspomniałem, od dłuższego czasu zastanawiam się nad tym, jak będzie wyglądał ten nasz świat po obecnym przesileniu. Współczesne wydarzenia stają się już zbyt przewidywalne. Akcja rodzi natychmiastową lub szybką reakcję, atak fizyczny czy werbalny, goni następny. Tymczasem my, jako społeczeństwa, coraz bardziej szukamy przystani, tego co nie ucieka, nie jest tymczasowe i trwa od wieków. W okresie świątecznym nastąpił w zachodnich mediach wysyp pochwalnych artykułów pod adresem naszego kraju, gdzie podkreślano słowo-klucz: tradycja. W moim odczuciu, najważniejszy jest los tych wolnych, jak i tych zniewolonych - jak zauważył to ostatnio Aleś Bialacki - narodów naszego regionu byłej I Rzeczpospolitej.
Marek Budzisz przywołał krótki artykuł Jewhena Magdy, dyrektora Instytutu Polityki Światowej, pod znaczącym tytułem "Nowy prometeizm 2.0". Autor powołuje się na swoją koncepcję współpracy Polski i Ukrainy w ramach walki z rosyjską ideą imperialną. Zakłada ona wzmocnienie regionalnej odporności w obszarze bałtycko-czarnomorskim - w tym aktywowanie Trójkąta Lubelskiego i Bukaresztańskiej Dziewiątki - poprzez zacieśnienie współpracy politycznej, obronnej, energetycznej, infrastrukturalnej i informacyjnej, rozwój wspólnych narracji antyimperialnych, przeciwdziałanie dezinformacji, modernizację przemysłu zbrojeniowego, koordynację działań na globalnym Południu oraz wsparcie procesów demokratycznych w krajach sąsiednich, zwłaszcza na Białorusi, przy jednoczesnym podkreśleniu konieczności intensyfikacji dialogu Warszawy i Kijowa już teraz. Autor proponuje nie tylko przekształcenie bałtycko-czarnomorskiego Trójmorza w „stalowego jeża” Europy, ale też współpracę ekspercką w sprawach wrażliwych dla relacji polsko-ukraińskich.
Wszystko to jakże śmiałe, i bliskie naszemu postrzeganiu znaczenia wspólnej przestrzeni. Tym niemniej wciąż zwracam uwagę, że lubelska trójka biegnie bez czwartego konia, jakim jest zniewolona Białoruś, natomiast za równie niezbędny czynnik przy wspomnianych działaniach polityczno-gospodarczych, uważam sferę kulturalno-społeczną. To właśnie dzięki takim działaniom, wolni Białorusini mogą w Polsce kultywować swoją kulturę, język, wydawać książki, które w kraju rządzonym przez reżim Łukaszenki trafiłyby na przemiał i na listę dzieł zakazanych. Warto zadbać o ożywienie działań prospołecznych, nie tylko poprzez obecne organizacje pozarządowe, czy turystykę. Potrzebny jest tutaj kompleksowy program realizacji takich założeń.
To co wydaje mi się istotne, aby wynieść z tej propozycji, to rosnąca świadomość roli naszego lokalnego fundamentu wolności. Na przykład w Mołdawii, która coraz częściej podkreśla swoje rumuńskie korzenie, niemal niezauważona przeszła deklaracja „Akademia – duchowa siła jedności i tożsamości Rumunów”, podpisaną przez Ioana-Aurela Popa, prezesa Rumuńskiej Akademii Nauk, oraz Iona Tighineanu, prezesa Mołdawskiej Akademii Nauk.
"Jak podkreślono w Deklaracji, przedsięwzięcie to nie ma charakteru koniunkturalnego ani protokolarnego, lecz wyraża intelektualne i moralne założenie o prawdzie rumuńskiej tożsamości po obu brzegach Prutu. Z tego powodu jego prawdziwa wartość – kulturowa, symboliczna i polityczna – nie została jeszcze w pełni zrealizowana w całej przestrzeni rumuńskiej, a jego wpływ na mentalność zbiorową będzie się zwiększał z czasem, w miarę dojrzewania świadomości społecznej. Deklaracja zawiera stwierdzenia o fundamentalnym charakterze i, jak podkreślono w Deklaracji, ich praktyczna realizacja prawdopodobnie będzie miała istotne konsekwencje zarówno dla przyszłości obu państw rumuńskich, jak i dla wspólnego losu narodu rumuńskiego. (...) Politycy z Kiszyniowa i Bukaresztu muszą dostosować się do tego programowego podejścia rumuńskich intelektualistów i przekształcić prawdę tożsamościową w politykę państwa. Jedność narodowa nie jest ogłaszana z radością. Jest budowana, gruntownie i nieodwracalnie, na fundamencie prawdy." - czytamy w komentarzu Anatola Taranu, publicysty i byłego dyplomaty.
W świecie gdzie zostały już nieodwracalnie porwane relacje międzynarodowe - poprzez wypowiadane czy "zawieszane" umowy dwustronne - nabiera to znaczenia. A przypomnę, że w minionym tygodniu, USA wycofały się z kolejnych konwencji, traktatów i organizacji międzynarodowych, z kolei Szwecja zaczyna się zastanawiać nad powrotem do zarzuconego w latach 70 - pod naciskiem Amerykanów - programu broni atomowej.
I znów, czy tego chcemy, czy nie, świat pisany jest na nowo. Naszym zadaniem jest to, aby pozbyć się wreszcie złudzeń i już nieraz wspominanej - mentalności zniewolonego - i tym samym sięgnąć po wpływ na naszą przyszłość.