Zdjęcie: Pixabay
21-04-2026 09:30
"Gdyby pytanie brzmiało następująco: czy trzeba zdobyć Kijów? Oczywiście, że tak. I Warszawę trzeba. To są nasze miasta. - Po co? Po co zdobywać Warszawę i Kijów? - Bo to jest Imperium Rosyjskie." - mówi w wywiadzie z Ksenią Sobczak - córką byłego mera Petersburga i szefa Putina - Anton Krasowski, rosyjski propagandysta. Jeszcze w 2022 roku, jako szef rosyjskiej redakcji RT, wzywał do topienia ukraińskich dzieci i rozstrzeliwania ukraińskiej ludności cywilnej. W czasie jednak tego wywiadu, z żalem stwierdził, że zdobycie teraz Kijowa byłoby "zbyt kosztowne". Rzecz w tym, że te słowa są tylko emanacją stałego trendu rosyjskich władz, o czym pisałem już wielokrotnie.
Wspomniałem ten cytat nie bez przyczyny, gdyż echa toczącej się rosyjskiej wojny napastniczej na Ukrainie, znów dotarły do mojego miasta. O ile w 2022 roku, były to tłumy ukraińskich uchodźców w mysłowickim ratuszu, kiedy to ruszyła polska pomoc również na poziomie urzędowym, tak w minionych dniach, media poinformowały o skazaniu przez rosyjski sąd w tzw. ŁRL, 47-letniego mieszkańca rodzinnego miasta - Mysłowice - za walkę po stronie Ukrainy. Z mojej perspektywy, ten wzór - wraz z już poległymi Polakami na tej wojnie, a którzy nadal nie są honorowani w naszym kraju - to oczywista przesłanka, dla zrozumienia istoty naszej wojny.
Kolejny dowód dała rosyjska prowokacja w Katyniu, gdzie przy cmentarzu ofiar mordu Stalina na polskich oficerach, Rosyjskie Towarzystwo Wojskowo-Historyczne (RVIO) otworzyło wystawę zatytułowaną „Dziesięć wieków polskiej rusofobii”. Warto zauważyć, jak daleko sięga rosyjskie narzędzie - już nie realne pół, ale całe tysiąclecie. Sięganie niemal po cały czas trwania państwa polskiego (w tym przypadku po rok 1018 czyli zdobycie Kijowa przez Bolesława Chrobrego), jest nowym chwytem tej kampanii kłamstwa.
"Wystawę przygotował zespół pod kierownictwem dyrektora naukowego Towarzystwa, Michaiła Miagkowa. Jej koncepcja opiera się na deterministycznej tezie, zgodnie z którą polskość od zarania dziejów jest zakorzeniona w patologicznej, wręcz biologicznie uwarunkowanej nienawiści do wspólnoty wschodniosłowiańskiej. Teza ta, rozwinięta w towarzyszącej publikacji Czarna księga. Krótka historia polskiej rusofobii. XX-XXI w., stanowi jeden z kluczowych elementów nowego podejścia Rosji do Polski, zdominowanego przez uniwersalizację stosowania pojęcia „rusofobia”. W tej narracji jako „rusofobiczne” postrzegane są państwa tradycyjnie nastawione krytycznie i ostrożnie wobec działań i retoryki Rosji, takie jak Polska oraz kraje bałtyckie." - napisał dr Jędrzej Piekara. Ekspert IEŚ dodaje, że towarzyszył mu powrót do negowania zbrodni katyńskiej.
W jego opinii, w obliczu rosyjskiej wojny informacyjnej polska strategia powinna opierać się na trzech filarach: intensywnej dyplomacji historycznej na forach międzynarodowych w celu potępienia instrumentalizacji miejsc pamięci, wzmacnianiu odporności poznawczej społeczeństw zachodnich poprzez dekonstrukcję kremlowskich narracji oraz konsekwentnej izolacji rosyjskich podmiotów propagandowych w sferze kultury i soft power.
To istotne wnioski, gdyż taka narracja jest przecież ideową podstawą dotychczasowych i przyszłych działań Kremla w naszym regionie. Dużym zainteresowanie mediów głównego nurtu cieszyła się wypowiedź gen. Michaela Claessona, dowódcy szwedzkich sił zbrojnych, który ostrzegł, że Rosja może w każdej chwili przeprowadzić atak na niewielką skalę na Morzu Bałtyckim, na przykład zajmując wyspę należącą do państwa NATO. Miało by to być kolejną próbą dla obowiązków sojuszniczych. Jednak najbardziej prawdopodobna wydaje się możliwość eskalacji na morzu.
Nieco mniej uwagi poświęca się działaniom destrukcyjnym w cyberprzestrzeni. "Szwedzki rząd poinformował, że hakerzy powiązani z władzami rosyjskimi próbowali w zeszłym roku zakłócić działanie jednej z elektrowni w tym kraju. Szwedzkie władze poinformowały, że atak zakończył się niepowodzeniem, ale ostrzegły, że ataki hybrydowe, wykraczające poza sferę cybernetyczną i mające skutki w świecie rzeczywistym, stają się coraz bardziej niebezpieczne. Szwedzki minister obrony cywilnej Carl-Oskar Bohlin poinformował w środę na konferencji prasowej, że atak miał miejsce na początku 2025 roku i został przeprowadzony przez hakerów mających „powiązania z rosyjskim wywiadem i służbami bezpieczeństwa”. „Grupy prorosyjskie, które wcześniej przeprowadzały ataki typu DoS, teraz próbują przeprowadzać niszczycielskie cyberataki na organizacje w Europie” – powiedział Bohlin" - czytamy przekaz w mediach mołdawskich, kraju, który wielokrotnie doświadczał rosyjskiego nacisku na bezpieczeństwo energetyczne.
Zresztą warto nieco uwagi poświęcić ostatnim ostrzeżeniom ukraińskich władz, co do roli Białorusi. "Na obszarach przygranicznych odnotowano budowę nowych dróg dojazdowych oraz przygotowywanie stanowisk dla artylerii, co zdaniem ekspertów jest czytelnym sygnałem przygotowań do potencjalnej eskalacji. Mimo niepokojących sygnałów, strona ukraińska uspokaja, że obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia powtórną inwazją z kierunku północnego. Szef Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji przy RBNiO, Andrij Kowalenko, podkreślił, że sytuacja jest w pełni monitorowana, a ewentualne prowokacje graniczne byłyby dla Mińska fatalnym błędem." - czytamy w naszym artykule.
„Moim zdaniem to jeszcze nic nie znaczy. Łukaszenka to przebiegły lis. Rozumie, że niezależnie od tego, jak dobry jest system obrony powietrznej, jeśli zaatakują, Ukraina odpowie” – wyjaśnia Kuleba.(...) I ostatni element, „Plan B”, nie wykluczam, że ta aktywność jest częścią próby zastraszenia państw bałtyckich i Polski. Tworzy presję: jeśli Rosjanie zaatakują, Białorusini dołączą. Chociaż starcie z gotową do walki armią ukraińską to znacznie większy problem dla Łukaszenki. Nie panikujmy więc; byliśmy już w takich kryzysowych momentach. Musimy jednak zrozumieć, że trwają przygotowania do eskalacji. To, czy do niej dojdzie, będzie zależało od naszych działań wojskowych i dyplomatycznych”. - mówi Dmytro Kułeba, były szef ukraińskiej dyplomacji.
Jeżeli zwrócimy uwagę na powtarzający się już od kilku miesięcy motyw zagrożenia dla Polski i państw bałtyckich, to łatwo zrozumieć i ukraiński punkt widzenia. Bo tutaj - w ocenie prezydenta Zełenskiego - pojawia się ta sama przesłanka, który bazuje na scenariuszu kremlowskiego testowania sojuszu pólnocnoatlantyckiego. Zostrało to potępione m.in. przez estońskich polityków, Tymczasem jest to pokłosie ciągnącej się od dłuższego czasu dyskusji, której poświęciłem kilka poprzednich komenatrzy, a wywołanej różnymi działaniami amerykańskiej administracji. Czy wywołały one skutek otrzeźwienia?
"Estonia nie wątpi, że Stany Zjednoczone pomogłyby jej w obronie w przypadku rosyjskiego ataku – oświadczył minister obrony Hanno Pevkur, ostrzegając jednocześnie, że Europa nie jest gotowa na samodzielne przeciwstawienie się Moskwie. W rozmowie z agencją Reuters Pevkur podkreślił, że nie ma żadnych wątpliwości co do amerykańskiej pomocy. „Tak, ufam USA i ufam wszystkim naszym sojusznikom” – powiedział w czwartek, 16 kwietnia, podczas wizyty w Wilnie. (...) Dodał jednak, że Europa nie jest obecnie gotowa na samodzielną konfrontację militarną. „Czy jesteśmy w miejscu, w którym chcielibyśmy być? Nie. Wszyscy (w NATO) musimy więcej inwestować w obronność” – podsumował." - podały estońskie media.
"W programie wielokrotnie pojawiała się myśl, że NATO nie może być postrzegane jedynie jako gwarancja, która automatycznie rozwiąże wszystkie problemy. Według Linasa Linkevičiusa [były szef litewskiej dyplomacji - red.], oprócz najbardziej znanego artykułu 5, ustanawiającego zasadę zbiorowej obrony, istnieje również artykuł 3, który mówi o obowiązku państw do wzmocnienia swoich zdolności obronnych. Jego zdaniem, w tym obszarze Europa od dawna działa zbyt wolno. Choć zobowiązania do zwiększenia wydatków na obronność wydają się ważne, same deklaracje nie wystarczą." - i również w litewskich wywiadach pojawia się ten sam apel. Tymczasem NATO to nie tylko przecież obrona, ale również sojusznicza bliskość.
„Pod koniec ubiegłego roku przeprowadziliśmy badanie rozpoznawalności Litwy, sprawdzając, co o naszym kraju myślą mieszkańcy Niemiec. Wniosek jest taki, że rozpoznawalność nie jest wystarczająca, a nasz wizerunek kształtuje się głównie przez pryzmat tego, jak Niemcy postrzegają zagrożenia i bezpieczeństwo, a nie przez faktyczne poznanie Litwy czy tego, co mamy do zaoferowania wewnętrznie” – powiedział szef litewskiej dyplomacji podczas środowego posiedzenia rządu." - słowa Kęstutisa Budrysa, w zasadzie można zastosować szerzej. Bo również w Polsce wiedza społeczna o naszym sojuszniku, poza utartymi ścieżkami historii, jest raczej niska. Władze Litwy zainwestują w przyszłym roku ponad 2 miliony euro w kampanię wydarzeń kulturalnych w Niemczech.
Co ciekawe, niemal podobną kwotę, zamierza wydać nasz kraj na sfinansowanie 41 projektów kulturalnych na Ukrainie. To co ważne w przytaczanym wyżej kontekście, to lepsze zrozumienie roli wpływów. „Wsparcie suwerenności kulturalnej Ukrainy jest niezbędne dla stabilności regionu” – powiedziała minister kultury Marta Cienkowska. Stwierdziła, że kraj, w którym rozwija się życie kulturalne, jest lepiej przygotowany do przeciwstawiania się wrogim wpływom i do obrony swojej niepodległości, co z kolei ma znaczenie dla bezpieczeństwa Europy Środkowej.".
Powoli wracamy więc do pewnej przestrzeni świadomości, która już była obecna na naszych ziemiach I Rzeczpospolitej. I jest to forma odpowiedzi na rosyjską propagandę. Wraz z innymi - bardziej namacalnymi działaniami, jak współpraca gospodarcza, pokazuje to, że nieustanna praca u podstaw ożywienia tej tematyki ma bardzo głęboki sens, który - w mojej opinii - zaważy na przyszłości naszych wolnych narodów.