Zdjęcie: Pixabay
29-08-2025 12:52
Estoński sektor trzody chlewnej przeżywa najpoważniejszy kryzys w swojej historii. Rozprzestrzeniająca się afrykańska świńska gorączka doprowadziła do wykrycia ognisk choroby na dziesiątkach ferm, co oznacza konieczność likwidacji ponad 55 tysięcy zwierząt. Skala strat jest znacznie większa niż podczas poprzednich fal epidemii w latach 2015–2017, kiedy uśpiono 40 tysięcy świń. Szczególnie dotkliwy jest przypadek największej fermy w kraju – Ekseko – której pogłowie odpowiadało za niemal połowę krajowej produkcji. Zakażenie tam oznacza gwałtowne załamanie samowystarczalności, która z obecnych 72 procent spadnie do około 37.
Rolnicy i przetwórcy podkreślają, że skutki choroby nie są natychmiast widoczne na półkach sklepowych, ponieważ ceny ustalane są na poziomie całej Europy i dominują w tym Niemcy, Hiszpania i Francja. Jednak wraz z masowym wybijaniem zwierząt zdolności produkcyjne maleją, co z półrocznym opóźnieniem uderzy w rynek i konsumentów. Już teraz w sektorze mówi się o konieczności ograniczenia działalności, a część zakładów przetwórczych sygnalizuje groźbę bankructwa. Straty przedsiębiorstw szacowane są na setki tysięcy euro i nie obejmują wyłącznie hodowców, lecz także przetwórców, którzy nie mają zapewnionych rekompensat.
Przedstawiciele branży ostrzegają, że brak spójnej, długofalowej polityki państwa wobec hodowli trzody czyni sektor wyjątkowo podatnym na wstrząsy. „Jeśli nic się nie zmieni, za dziesięć lat hodowców będzie znacznie mniej, a udział importowanego mięsa zdecydowanie wzrośnie” – zauważył jeden z producentów. Podkreślają też, że aby zapewnić ciągłość produkcji, potrzebne jest wsparcie systemu edukacji i zachęcanie młodych ludzi do pracy w rolnictwie.
Rząd stara się reagować, przeznaczając z rezerwy ponad cztery miliony euro na walkę z kryzysem. Środki te mają sfinansować utylizację padłych zwierząt, zabezpieczenie ferm i działania profilaktyczne. Minister rolnictwa i spraw regionalnych Hendrik Johannes Terras zaznaczył, że kluczowe jest szybkie izolowanie ognisk, bezpieczne usuwanie zwłok i ścisła kontrola stref, a także współpraca społeczeństwa, ponieważ głównym rezerwuarem wirusa są dziki.
Mimo tych kroków eksperci przewidują dalsze pogorszenie sytuacji i ostrzegają, że w tym roku świątecznego pieczenia ze świeżej, lokalnej wieprzowiny może zabraknąć. Choroba nie jest groźna dla ludzi, ale jej wpływ na rynek i bezpieczeństwo żywnościowe kraju staje się coraz bardziej oczywisty. Estońska Izba Rolnictwa i Handlu ostrzega, że obecna sytuacja może w krótkim czasie doprowadzić do kryzysu bezpieczeństwa żywnościowego. Jak zaznaczyła jej szefowa Kerli Ats, wybijanie zwierząt ze stad drastycznie zmniejsza zdolności produkcyjne, a skutki tego odczują konsumenci dopiero za około pół roku.
Według Izby samowystarczalność Estonii spadnie do poziomu, który nie pozwoli na pokrycie zapotrzebowania, a tym samym rynek stanie się jeszcze bardziej zależny od importu. Ats podkreśliła także, że choć państwo rekompensuje straty hodowcom, to zakłady przetwórcze ponoszą już setki tysięcy euro kosztów, które pozostają bez wsparcia, co zagraża ciągłości całego łańcucha dostaw.