Opinie Komentarze Analizy

Przeszłość w przyszłości

Zdjęcie: Pixabay

Przeszłość w przyszłości

Michał Mistewicz

25-08-2026 09:30

"Radzimy często ludziom sprawującym rządy, mężom stanu i narodom zwracać się do nauk płynących z doświadczeń historii. Ale właśnie doświadczenie i historia uczą, że ani ludy, ani rządy nigdy niczego się z historii nie nauczyły i nigdy nie postępowały według nauk, które należałoby z niej czerpać. Każdą epokę cechują okoliczności tak swoiste, każda jest stanem rzeczy tak niepowtarzalnym, że w niej tylko, z niej samej muszą i mogą powstawać wszelkie rozstrzygnięcia. W wirze światowych wydarzeń na nic się nie zda zasada ogólna, na nic porównywanie z podobnymi stosunkami w przeszłości: albowiem spłowiałe wspomnienie przeszłości jest bezsilne wobec bystrego i swobodnego nurtu teraźniejszości". - ten znany cytat z "Wykładów o filozofii dziejów"  Georga Hegla jest jednym z wielu głosów, iż nauki historii najczęściej przysłowiowo "idą w las". Mogą być w najlepszym przypadku tylko pewnym kierunkiem dla współczesnych decyzji podejmowanych w obliczu nowych okoliczności.

Ten wstęp uznałem za niezbędny, aby przedstawić tło dla dzisiejszego komentarza. Gdyż w mojej ocenie, znów historia dała nam symboliczny znak, co należy czynić, jak i to co leży u podstaw obecnego naporu Moskali wobec narodów byłej I Rzeczpospolitej. W sobotę w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie odbył się pogrzeb Aleksandra Milinkiewicza, jednego z zasłużonych polityków białoruskiej opozycji. Choć przez ostatnie lata trzymał się nieco na uboczu, to jednak jego odejście stało się pewnego rodzaju wskazówką dla nas wszytkich.

Odznaczony pośmiertnie przez prezydenta Karola Nawrockiego, Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP, kandydat opozycji na urząd prezydenta Białorusi w wyborach z 2006 roku, był jednocześnie prawnukiem powstańca styczniowego, który przyczynił się od odnalezienia miejsca pochówku ostatniego króla I Rzeczpospolitej. Pożegnano go w miejscu obecnego grobu króla. Polityk pochodził z Grodna, gdzie I Rzeczpospolita formalnie odeszła do historii. Teraz znów to memento ukazuje pewien zwrot. Milinkiewicz, wygnany z Białorusi przez reżim Łukaszenki, spoczął na obczyźnie, która jednocześnie jest - z punktu widzenia tej samej historii - jego faktyczną ojczyzną.

Trudno nie pozbyć się refleksji, że podobną drogę przechodzili nasi zesłańcy, emigranci, Rodacy rozsiani po całym świecie. Od momentu  utraty naszego wspólnego państwa, ten sam los dotyczył nie tylko Polaków, ale i narody wchodzące w jego skład. I teraz już w pewnym stopniu wolni, jako narody popełniamy podobne błędy, jak ówcześni protoplaści obecnych polityków. Na plan pierwszy wysuwają się ambicjonalne animozje, jak i konkretne teorie, które najwyraźniej ktoś postanowił sprawdzić.

Swary Kijowa z Warszawą, do czego wykorzystywana jest krwawa historia, są tak pozbawione głębszego sensu, że łatwo zauważyć główne powody aktualnego nagłośnienia problemu. Dlaczego dochodzi do tego akurat teraz, kiedy coraz głośniej mówi się o rozmowach pokojowych, kiedy kolejna afera korupcyjna dotyczy otoczenia prezydenta Zełenskiego, wreszcie kiedy rozpoczął się ukraiński proces akcesyjny do UE. Proces, obarczony mniej lub bardziej skrywaną niechęcią części państw zachodnich. O jednym tylko z jego powodów, wspomnieliśmy we wczorajszym artykule. I jak zawsze, suma tych przyczyn daje problem, który może wpłynąć długoterminowo na nasze relacje. Czy o to chodziło?

Jako zwykły obywatel, dostrzegam jego realne działanie w życiu codziennym społeczeństw. Jak choćby dwie Ukrainki z porannego autobusu, które nosiły koszulki ze zdjęciem Tarasa Szewczenki wraz z jego cytatem "Ще як були ми козаками, А унії не чуть було, Отам-то весело жилось! Братались з вольними ляхами, Пишались вольними степами" (Gdyśmy byli kozakami, unii zaś nie było wcale, żyło nam się doskonale. Brataliśmy się z Lachami, dumni wolą i stepami.). Gesty zrozumienia zwykłych ludzi, najczęściej bardzo ciężko pracujących, którzy chcą budować wspólną przyszłość, odbijają się od codziennych przekazów obowiązującej teraz w Kijowie narracji medialnej.

"Gloryfikacja UPA to jeden z dowodów na to, jak bardzo Zełenski i jego ludzie są oderwani od rzeczywistości. Władza zajmuje się sobą, a tymczasem naród ledwo wiąże koniec z końcem. Zełenski pochodzi z Krzywego Rogu [czyli z rosyjskojęzycznego południowego wschodu Ukrainy – przyp. red.] i jestem przekonana, że banderowcy nigdy nie byli dla niego bohaterami. Ich kult jest większości Ukraińcom narzucany. (...) Ukraińcy jako społeczeństwo nie są radykalni, wyznają raczej centroprawicowe poglądy. Problem w tym, że nacjonalizm jest ideologią ukraińskiej elity politycznej. Zełenski zaczął naśladować swojego poprzednika – Petra Poroszenkę. Wtedy po raz pierwszy w jego ustach wybrzmiało hasło „Sława Ukrainie”. Ten sam Zełenski, który szedł do wyborów z hasłem pokoju, obrał kurs na radykalizm. Dziś popiera kult UPA, ponieważ z nacjonalizmem na sztandarach łatwiej prowadzi się wojnę." - mówiła w wywiadzie Julia Mendel, była rzeczniczka prasowa prezydenta Zełenskiego.

"Miliony żyjących obywateli opuściło Ukrainę po 24 lutego 2022 roku. Powrót nawet połowy z nich jest dla naszego państwa zadaniem niewykonalnym. Nawet po zakończeniu aktywnych działań wojennych będzie to wymagało niesamowitych wysiłków, a sukces w żadnym wypadku nie jest gwarantowany. Zamiast tego, nie czekając na zakończenie wojny, państwo zaczyna zwracać zmarłych: postacie historyczne, które zmarły za granicą. Co więcej, pierwsze udane doświadczenie – repatriacja szczątków Andrija Melnyka z Luksemburga – pokazało kolejną przewagę zmarłych nad żywymi. Przemawiając na uroczystej ceremonii ponownego pochówku, Wołodymyr Zełenski zauważył: „Pułkownik Andrij Melnyk wrócił na Ukrainę, o jakiej marzył”. Czy to prawda? Czy nieżyjący przywódca OUN(m) naprawdę marzył o Ukrainie, na której czele stałby demokratycznie wybrany prezydent o żydowskich korzeniach? To pytanie jest dyskusyjne." - słowa Mychajło Dubyniańskiego, ukraińskiego publicysty, brzmią jakże gorzko i ironicznie.

Niezmiennie temat naszych kłótni powoduje moją głęboką niechęć i znużenie brakiem autorefleksji, obecnie zwłaszcza ze strony niektórych ukraińskich decydentów. Jeśli jako Polacy dostrzeżemy, że te tak denerwujące nas słowa i decyzje wypływają z cynicznej rachuby politycznej, to łatwiej zrozumieć tę bardzo krótką grę na użytek przyszłych wyborów na Ukrainie.

To o czym chciałem wspomnieć bardziej dotyczy przyszłości. Kiedy doszło do pierwszej rewolucji przemysłowej ani Polski, ani krajów narodów jej tworzących, nie było już na mapie. Po odzyskaniu wolności, mogliśmy przez krótki czas tylko korzystać z jej późnych owoców. Dzisiaj należę do pokolenia, które jako ostatnie korzystało z odchodzącej trakcji parowej na polskich kolejach i jednocześnie pierwszym, które zaczęło używać w celach zawodowych zaawansowanego komputera osobistego. Jak bardzo byliśmy zacofani pokazują daty. W ojczyźnie rewolucji pary, w Wielkiej Brytanii, ostatni parowóz pojechał w 1968 roku, we Francji i Hiszpanii w 1975 roku, we Włoszech rok później, w 1977 roku w RFN, a w komunistycznej NRD 11 lat później. W Polsce, w kwietniu 1993 r. wydano zarządzenie o zaprzestaniu utrzymywania trakcji parowej w ruchu towarowym i pasażerskim.

Chcę zwrócić uwagę, że obok wszystkich naszych obecnych obaw związanych z realną groźbą wojny, dokonuje się następna rewolucja, tym razem cyfrowo-robotyczna. Obrazy z książek Stanisława Lema, które tak pobudzały naszą dziecięcą wyobraźnię, właśnie powoli stają się rzeczywistością. Oczywiście nie chodzi tylko o celowo nagłośnione filmy z chińskiej "olimpiady" robotów, która jest tylko propagandową wydmuszką. Jak informują eksperci,  te roboty nadal potrzebują żywego operatora, do czego Chińczycy się nie przyznają. Natomiast warto zauważyć, że jako wolne kraje mamy możliwość współuczestniczyć w tej rewolucji, która zapewne na co najmniej dekady, wpłynie na naszą przyszłość.

Drony powietrzne, morskie i lądowe to zaledwie mała część tego postępu, jednak z każdym miesiącem nabierające coraz większego znaczenia, tak na wojnie, jak w świecie cywilnym. Ukraina wraz z państwami bałtyckimi już współpracuje w rozwijaniu dronów. Natomiast wróg nie śpi i firmy technologiczne stają się więc celem sabotaży i innych prowokacji, tak jak to miało miejsce w Estonii. Osobne gałęzie tej rewolucji to technologia rakietowa, jak i sztuczna inteligencja, czy nowe formy energetyki. Na wszystkich tych polach notujemy własne, małe sukcesy, ale czy to wystarczy?

Czy współpraca w naszym regionie również w tym świecie technologii ulegnie typowej wzajemnej konkurencji, ku uciesze mocarstw, pokaże czas. W chwili, kiedy Biały Dom ogłosił nową Narodową Strategię Nauki i Technologii w Dziedzinie Bezpieczeństwa Narodowego, podjęcie tego tematu uważam za szczególnie ważne. W mojej ocenie i tutaj historia daje nam pewną lekcję, ale czy z niej skorzystamy, zależy znów od wielu czynników , ale odwaga i determinacja oraz konsekwencja w działaniu są tutaj kluczowe. Cech, które nadal trudno dostrzec wśród naszych elit.


opr. wł.
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl