Zdjęcie: Czas Wschodni
11-08-2026 09:30
W tym wakacyjnym cyklu opisu współczesnych wydarzeń, nie sposób nie pominąć dwóch wydarzeń, których echo dość słabo odbija się w polskich mediach. Na naszych łamach - podobnie jak to było w przypadku wywołanego przez reżim Łukaszenki łotewskiego problemu migracyjnego - relacjonowaliśmy inny kryzys, który tym razem niespodzianie dotknął nie tylko Mołdawię, ale wiele państw Europy Środkowej. Chodzi oczywiście o kryzys energetyczny i zabezpieczenia ludności w wodę, wywołany niskim stanem trzech kluczowych rzek. Temat jest o tyle interesujący, gdyż nie wywołały go bezpośrednio rosyjskie działania destabilizacyjne. Co oznacza, że w przyszłości mogą korzystać z jego efektów.
Do pełnego opisania tej sytuacji również niezbędny jest szerszy kontekst. Moim zdaniem warto cofnąć się nieco w czasie, gdyż pierwsze zwiastuny wystąpienia problemu pojawiły się w czasie marcowego zanieczyszczenia Dniestru, w wyniku rosyjskiego ataku rakietowego na ukraińską elektrownię wodną. Ówczesne zanieczyszczenie wody rzecznej spowodowało wstrzymanie poboru wody w kilku miejscowościach. Co również ważne, dwa tygodnie później doszło do uszkodzenia strategicznej linii elektroenergetycznej Isaccea–Vulcănești, co nastąpiło w wyniku innego ataku rosyjskiego na Ukrainie.
Mimo tych ostrzeżeń, jak się wydaje ani Mołdawia, ani inne kraje regionu, nie wyciągnęły odpowiednich wniosków - poza doraźnymi działaniami naprawczymi. A tym razem nie doszło do żadnego ataku, ale to sama natura pokazała brak stabilności krajowych systemów energetycznych. Co z mojego punktu widzenia jest tym bardziej zaskakujące, że walka o energię - z początku o gaz, a później sam prąd, była główną osią zmagań Mołdawii z naciskami Moskali.
Aby zrównoważyć tę opinię trzeba również dostrzec olbrzymi wysiłek - jak na wielkość kraju i wciąż ekonomicznie słabą gospodarkę - którego dokonano w celu powstrzymania kremlowskiego szantażu energetycznego. Kolejne rządy Mołdawii przy znacznej pomocy donatorów zagranicznych, zainwestowały więc w budowę strategicznych połączeń z rynkiem energii UE. Rozwija się również aktywnie rynek energii OZE. Tym razem oba te zabezpieczenia okazały się bezradne wobec zjawiska, który dla wielu był dotąd tylko hipotetyczny.
Okazało się, że poziom Dunaju jest tak niski, że spowodował wyłączenie części elektrowni korzystających z jego wód celem chłodzenia. I jednym z ofiar padła kluczowa elektrownia jądrowa w Rumunii, z którego zasilania korzystała także sieć mołdawska. Natomiast drugie zabezpieczenie - OZE okazało się zbyt słabe, aby zbilansować cały system. Natomiast niski poziom Dunaju okazał się też ważny jeśli chodzi o ruch statków dostarczających paliwo do jedynego mołdawskiego portu.
Co warte dodania, ukraińskie spółki energetyczne odmówiły wsparcia Mołdawii, gdyż same mierzyły się z efektami rosyjskich ataków rakietowych wymierzonych w energetykę. Tym samym znów kluczowa stała się naddniestrzańska elektrownia MoldGRES, choć też zależna od wód Dniestru. Siłą rzeczy doszło też do kolejnych scysji dyplomatycznych Naddniestrza z Mołdawią, ale niebagatelne znaczenie ma też rola Ukrainy w tym układzie. Nasz sąsiad kontroluje cały górny bieg Dniestru i Prutu.
Znacznie poważniejszy jest inny czynnik. Natura pokazała również groźniejsze skutki - brak wody. Poziom obu kluczowych dla Mołdawii rzek Dniestru i Prutu - znanych z historii I Rzeczpospolitej - również opadł, co spowodowało już realne zagrożenie dla mieszkańców kraju.
Jak więc widać, niski stan rzek ujawnił nie tylko kruchość stabilności energetycznej kraju, ale przede wszystkim słabość zaopatrzenia w podstawowy środek do życia. Analitycy twierdzą, że rozwiązaniem tych kłopotów byłaby budowa odsalarni wody morskiej, ale to wszystko trwa. Tymczasem Mołdawia, która usilnie stara się wejść w struktury UE, już czwarty rok z rzędu musi mierzyć się z kryzysem energetycznym, a od niedawna z brakiem wody. Oczywiście jest to lekcja też dla wszystkich krajów naszego regionu - jak wiadomo z podobnymi kłopotami spotkały się polskie elektrownie, choć z kolei sytuacja w państwach bałtyckich wydaje się stabilna (w tym łotewska tzw. kaskada Dźwiny). Tym niemniej wniosek nasuwa się dość jednoznaczny - budowa odporności energetycznej, jak i rozwoju zasobów wodnych, jest jednym z podstaw współczesnego bezpieczeństwa.
Oczywiście warto dostrzec dźwignię dyplomatyczną biorąc pod uwagę znany od wieków zjawisko wojen o wodę. Jak wiadomo Ukraina już raz skorzystała z podobnego mechanizmu blokując Kanał Północnokrymski w 2014 roku. Wojenny paradoks sprawił, że sami Rosjanie, poprzez zniszczenie zbiornika w Nowej Kachowce dokończyli proces jego zniszczenia.
Ale w mojej ocenie istotny wniosek dotyczy tak modnego od wielu lat pojęcia dywersyfikacji energetycznej. Jak widać nie tylko na tym przykładzie, bezpieczeństwo w tej sferze nie może być oparte tylko o jeden lub dwa kraje sąsiednie, a sam miks energetyczny musi uwzględniać kilka różnych źródeł energii. Przyglądając się trwającej dyskusji na ten temat w Estonii, małym kraju, który jednak ma ambicje pełnego zabezpieczenia energetycznego, dąży się właśnie do takiego modelu. Tak więc zwiększa się nie tylko liczbę połączeń międzynarodowych, gdyż wyciągnięto wnioski z własnych doświadczeń z sabotażem na kablach podmorskich. Natomiast coraz poważniej podchodzi się do włączenia energii jądrowej, jako dodatkowego źródła prądu. Takich refeksji jest więcej.
Jeśli chodzi natomiast o drugie wydarzenie, które warto zauważyć, to obchody białoruskiego Dnia Godności w Warszawie i kilku innych miastach całego regionu, również w Wilnie. Niezmiennie uważam, iż wspieranie białoruskich ruchów demokratycznych przez nasz kraj to nie tylko realizacja zamierzchłej już koncepcji ULB, ale przede wszystkim wielowiekowa tradycja wsparcia tych, którzy są przeciwni 'kremlowskiej tyranii". Bialorusini więc mogą kultywować w Polsce swoją kulturę, swój język, wydawać książki, organizować festiwale. Tymczasem naturalne ścieranie polityczne jest oczywistą sprawą wewnętrzną białoruskiej emigracji, jednak z polskiego punktu widzenia, widać zewnętrzne zakusy tworzenia podziałów, o czym wspominałem kilka miesięcy temu.
"Wiktar Babaryka 8 sierpnia ogłosił uruchomienie nowego projektu - Belarus Network. Według jego słów nie jest to kolejna struktura polityczna, lecz cyfrowe narzędzie służące do łączenia już istniejących białoruskich inicjatyw, projektów i ludzi, które ma pomóc im efektywniej rozwiązywać wspólne problemy." - czytamy na łamach "Zerkalo". Nie budzi większego zdziwienia fakt, iż Babaryka nie chce ujawniać osób, które włączyły się w te prace - co jest zrozumiałe w obecnej sytuacji.
Kłopot pojawia się w momencie wyjaśniania źródeł finansowania. "Według Wiktara Babaryki mowa jest o kilku źródłach finansowania, w tym zarówno o prywatnych białoruskich darczyńcach, jak i międzynarodowych funduszach: Rozważamy kilka wariantów. Przede wszystkim prowadzimy rozmowy z dysponentami środków na Białorusi - mówię z nimi w tym samym języku, ponieważ sam kierowałem bankiem. Drugim źródłem są nasi zagraniczni partnerzy. Działają wśród nich również fundusze, które już funkcjonują i udzielają wsparcia. Jednak największym problemem, gdy sformułuje się już kryteria dla projektów, okazuje się to, że projektów spełniających te kryteria jest bardzo, bardzo mało." - czytamy wypowiedź.
Nie przedłużając, a przypominając tak pierwszą po uwolnieniu, kontrowersyjną w treści, konferencję prasową Babaryki i Marii Kalesnikawej, jak i zachowanie tego pierwszego w trakcie najnowszej konferencji "Nowa Białoruś", widać usiłowania wprowadzenia podziału w białoruskiej opozycji demokratycznej. Jeżeli przypomnimy, że syn Babaryki nadal jest zakładnikiem w więzieniu Łukaszenki, łatwo znaleźć analogię do współczesnego wydania sowieckiej operacji "Trust" - tym razem w świecie cyfrowym, gdzie służby reżimu odniosły kilka sukcesów. To tylko możliwość, tym niemniej po takich wpadkach jak postać Andżeliki Mielnikawej, białoruska emigracja musi być szczególnie ostrożna.
To tylko dwa zjawiska z minionego tygodnia, dotyczące naszej wspólnej przestrzeni wolności, leżącej na starych fundamentach. Moja konkluzja tych wszystkich wydarzeń sprowadza się do wspólnego mianownika. "Europa Środkowa stanowi naturalne środowisko bezpieczeństwa i rozwoju dla Polski. To jeden z filarów naszej racji stanu. Z punktu widzenia polityki to nie żaden romantyzm czy fantomowy imperializm, ale konieczność i wielka szansa. Polska jako największe państwo regionu ma dzisiaj zasoby, które umożliwiają kształtowanie jego przyszłości na dekady. Tego, czego nam natomiast obecnie brakuje, to odwagi, wyobraźni i politycznej woli." - napisał w tych dniach prof. Marek A. Cichocki, znany politolog, współtwórca i redaktor „Teologii Politycznej”. Jeśli Państwo sięgną do moich wcześniejszych komentarzy, to można znaleźć cały szereg autorów tej sztafety wolności, gdzie słowa odwaga, powtarza się równie często.
Ponieważ jesteśmy w przededniu Święta Wojska Polskiego, niezmiennie z tej okazji składam najlepsze życzenia zdrowia i wytrwałości, żołnierzom, marynarzom i lotnikom, funkcjonariuszom oraz ich rodzinom-tym w kraju, jak i za granicą.