Zdjęcie: Steve Reynolds Flickr.com
22-09-2026 09:30
"Historycznym dziedzicem Monachium jest Moskwa - nie Bonn. Rosjanie są dziś najpotężniejszym narodem europejskim i rozumują identycznie jak Hitler. Jeżeli Europa ma być rządzona przez Europejczyków to tymi Europejczykami muszą być Rosjanie. Ich wszystkie akcje podejmowane na kontynencie zmierzają do tego celu. Dramat monachijski toczy się nadal tylko nie w premierowej obsadzie. Siedemnaście lat temu nie byliśmy w możności bez pomocy z zewnątrz uniknąć panowania Niemiec. Obecnie bez pomocy z zewnątrz nie jesteśmy w możności oprzeć się dominacji Sowietów. Lecz Historia nie powtarza się nigdy i w tym miejscu analogie się kończą." - pisał Juliusz Mieroszewski w 1955 roku.
Ten cytat daje pewien asumpt do zauważenia podobieństw ze współczesnymi, naszymi lękami i przejawami słabości Europy. Mimo upływu ponad 70 lat, nadal bazy i stacjonujące w nich wojsko USA są tym czym były obozy legionów rzymskich w starożytności. Źródłem ochrony życia i handlu przed najazdami barbarzyńców. I tutaj analogie wcale się nie kończą.
"NATO i cała Europa borykają się z poważnymi problemami w zakresie obrony powietrznej – przekonuje prezydent Łotwy Edgars Rinkēvičs. (...) „Widzimy, że systemy obrony powietrznej, obrona przed dronami oraz obrona przeciwrakietowa borykają się z poważnymi problemami. I powiedzmy to otwarcie: mierzy się z tym Ukraina, mierzy się z tym cała Europa i NATO – powiedział Rinkēvičs. – Jeśli bowiem Rosja zdecyduje się wystrzelić kilka rakiet na to terytorium, to myślę, że dzisiaj dla wielu krajów byłby to poważny sprawdzian”. Zdaniem łotewskiego prezydenta Rosja wykorzysta zimę, aby posunąć się naprzód na froncie w Ukrainie, a także zrobi wszystko, co konieczne, by podważyć wsparcie państw zachodnich dla Kijowa. Chodzi tu o akcje sabotażowe, cyberataki oraz incydenty z użyciem dronów i rakiet, za pomocą których Moskwa testuje determinację Europy – zaznaczył. „Wykluczyłbym konwencjonalną inwazję wojskową, ale powinniśmy zachować dużą czujność, jeśli chodzi o wszelkie inne warianty” – dodał Rinkēvičs." - czytamy na łamach DW.com.
"W krajach bałtyckich prognozy te są traktowane z większą ostrożnością. Na przykład szef łotewskiej Służby Bezpieczeństwa Państwowego (VDD), Normunds Mežviets, stwierdził, że obecnie nie ma oznak zbliżającego się ataku. „Nie widzimy żadnych oznak zbliżającego się ataku” – powiedział. Według Mežvietsa pojawiają się sygnały, że Moskwa przygotowuje się do bardziej zdecydowanych działań w Europie, ale na razie nie jest jasne, czy jest to konkretny plan militarny, czy też próba zasiania strachu i niepewności w społeczeństwie zachodnim. Władze Estonii również zaapelowały o unikanie paniki. Sekretarz generalny MSZ Estonii Jonathan Vseviov napisał w artykule, że w przypadku wiarygodnego zagrożenia atakiem władze poinformują o tym bezpośrednio opinię publiczną. Do tego czasu zaapelował o „zachowanie spokoju” i dalsze wspieranie Ukrainy." - z kolei podają białoruskie media opozycyjne.
"Tak, nadal uważamy, że Rosja stanowi egzystencjalne zagrożenie, ale dyskusja na ten temat w wielu międzynarodowych mediach oderwała się od rzeczywistości, co samo w sobie jest niebezpieczne. I nie, nasze obecne apele o uspokojenie się nie dotyczą głównie utrzymania atrakcyjności dla biznesu. Rosja ewidentnie eskaluje ataki sabotażowe przeciwko Europie. Głównym celem nie są państwa bałtyckie, lecz Niemcy i inne duże kraje. Uważam, że głównym celem jest zmniejszenie pomocy wojskowej dla Ukrainy poprzez uderzanie w logistykę i produkcję oraz sianie strachu wśród ludności. Nie ma nadal żadnych oznak, że Rosja przygotowuje się do pełnoskalowej inwazji na żaden kraj NATO. A może mała incydent graniczny, niewielkie zagarnięcie terytorium? Trudno zobaczyć, co mogłaby przez to osiągnąć. Bez wątpienia sąsiedzi Rosji, wraz z sojusznikami, są gotowi natychmiast odpowiedzieć." - zauważa Kristi Raik, szefowa ICDS.
Odnoszę wrażenie, że zarówno ostatnie, jak i nadchodzące dni upływają pod znakiem tematów, które omawiałem co najmniej kilka razy w ciągu minionych kilku lat. Czy wybiegłem za bardzo w przyszłość? Raczej znając naturę naszego przeciwnika, jak i niezmienne sposoby jego działania, które ulegają tylko czasowym fluktuacjom, pozwala na wysuwanie istotnych dla nas wniosków. Od dłuższego czasu interesuje mnie bardziej przyszłość krajów i narodów byłej Rzeczpospolitej - wtedy, gdy minie obecne przesilenie. Bo to, w moim pojęciu już się dokonało, choć nadal czekamy na jego efekty. Ale o tym za chwilę.
Ten wątek obaw wymaga podsumowania. Czy czeka nas starcie, w tej czy innej formie z Moskalem? Pisałem, iż Polska znajduje się niezmiennie na kursie zderzeniowym z zapędami Kremla. Ta kość niezgody ma wymiar nie tylko ideologiczny, religijny czy historyczny, ale przede wszystkim mentalny. Obserwuję to jednak, nawet z tego najniższego, bo obywatelskiego punktu widzenia, w sposób spokojny i wyważony. Amat victoria curam.
Natomiast nasze obecne lęki są podsycane przez szczególny sposób rosyjskiej narracji geopolitycznej. Ten rodzaj wywoływania napięcia, Moskale pod różnymi flagami, wytrenowali przez wieki bardzo dobrze.
"Akty sabotażu i dywersji oraz naruszanie przestrzeni powietrznej są ukierunkowane na rozbijanie jedności transatlantyckiej, a jednym z celów jest podważanie wiarygodności gwarancji sojuszniczych. Pojęcie ataku ponadprogowego, a więc takiego, który kwalifikowałby się do zastosowania art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, nie zostało doprecyzowane i ze względu na specyfikę zjawiska wojny i praktykę funkcjonowania NATO nie mogło być zdefiniowane. Rosja może zatem dążyć do stworzenia sytuacji, w której atak na dane państwo będzie na tyle niejednoznaczny, że część sojuszników uzna go za wystarczającą podstawę do zastosowania art. 5, a inne państwa NATO – za niewystarczającą. (...) Rosyjskie uderzenia na ukraińską infrastrukturę graniczną poza funkcją stricte wojskową i ekonomiczną – zakłócaniem szlaków transportowych oraz groźbą podobnych ataków na innych odcinkach granicy – pełnią także funkcję polityczną. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że uderzenia nastąpiły tuż po konferencji „Peace Through Strength NOW!”, która odbyła się 11-12 września w Kijowie i zgromadziła m.in. prominentnych polityków Zachodu. " - napisał dr Jakub Bornio (IEŚ).
Mimo tych obecnych trosk warto zwrócić uwagę na - przynajmniej w części - odrobione zadania przez naszą dyplomację. Po pierwsze wizyta ministra Sikorskiego na Łotwie, była w obrazie medialnym tylko wsparciem politycxnym i dyplomatycznym. Nie zapominajmy o tym kierunku nie tylko z powodu polskiej mniejszości na Łotwie, ale wsparciu obronnym naszego sojusznika. Mam też wrażenie, że przydałoby się również wsparcie Rygi w kwestii dokończenia ich odcinka kolei Rail Baltica, która ma wymiar nie tylko wojskowy. Oczywiście ze względu na zbliżające się wybory do Saeimy, trudno było wymagać, aby ta wizyta przyniosła coś więcej. A jednak przypomnę, że wciąż nie zawrto zapowiedzianej na początku roku, polsko-łotewskiej umowy obronnej. Co ciekawe, w tym przypadku Łotwa nie musi być tylko biorcą bezpieczeństwa, o czym więcej wspominaliśmy w różnych artykułach na naszym portalu.
Kolejna kwestia, to udział polskiego premiera w ukraińskiej inicjatywie dyplomatycznej, która przeistoczyła się ostatecznie w Karpacką Ósemkę. Najwidoczniej polscy rządzący znów posłuchali ekspertów i to wymaga zauważenia, i docenienia. Dla nas, to kolejny węzeł łączący z Ukrainą, a dla nich kolejna zachodnia cuma dyplomatyczna. Jak dalej potoczą się losy tego pomysłu Kijowa, pokaże czas.
I w tym miejscu przejdę do moich obaw o przyszłość. Nauka życia, jak i historia świata uczy, iż nic nie dzieli tak, jak zwycięstwo. Na naszych łamach wielokrotnie zwracaliśmy uwagę na najważniejszy problem naszego zakątka Europy. A jest nim demografia. Ta, dotyczy również samej Rosji, gdzie straty wojenne łączą się z dawnymi i coraz gorszymi wskaźnikami dzietności. Jak zauważał prof. Andrzej Nowak, jednym z powodów obecnej wojny, jest nie tyle zagarnięcie terytorium, co zniewolenie ludzi, tak, jak to było w czasie posiadania jarłyka przez książąt moskiewskich. Ludzi, których Rosja potrzebuje coraz więcej.
Natomiast w naszej strefie odpowiedzialności, problem demograficzny szczególnie dotyka Ukrainę. Wyjazd około 6 milionów obywateli jest często wyjazdem już tylko w jedną stronę.
"Im dłużej trwa wojna, tym mniej samo słowo „uchodźca” opisuje rzeczywistą sytuację tych ludzi. Dziecko, które opuściło Ukrainę w wieku ośmiu lat, po kilku latach mówi po polsku, chodzi do polskiej szkoły i ma tutaj przyjaciół. Jego rodzice pracują, wynajmują lub kupują mieszkania, rozwijają firmy i budują relacje społeczne. Życie, które miało być tymczasowe, stopniowo staje się normalnym życiem. Proces ten zachodzi w momencie głębokiego kryzysu demograficznego Polski. Pod koniec pierwszego półrocza 2026 roku kraj liczył około 37,2 mln mieszkańców, o 159 tys. mniej niż rok wcześniej. W ciągu sześciu miesięcy urodziło się zaledwie około 115 tys. dzieci. W tych warunkach obecność setek tysięcy ludzi w wieku produkcyjnym przestaje być wyłącznie kwestią polityki migracyjnej. Z perspektywy Warszawy trudno więc znaleźć racjonalny argument za tym, aby dobrze zintegrowani Ukraińcy po zakończeniu wojny masowo wyjeżdżali. Jeżeli 35-letnia Ukrainka mieszkająca we Wrocławiu mówi po polsku, pracuje, płaci podatki, a jej dziecko chodzi do polskiej szkoły, jest dokładnie taką mieszkanką, której Polska będzie potrzebowała coraz bardziej." - zauważa Taras Myshlyayev, który na łamach Klubu Jagiellońskiego, jasno określa iż powojenna odbudowa Ukrainy może odbyć się rękami obecnych uchodźców, którzy przez te lata stali się niezbędni dla polskiego rynku pracy i w rezultacie gospodarki. Tym samym czeka nas rywalizacja o mieszkańca.
O takich problemach warto myśleć już teraz. I w mojej opinii, znów ta sama Historia, o której wspominał Mieroszewski i wielu przed nim, podpowiada nam co należy zrobić. Jednak tego nie robimy. Wynika to z sztucznie zaszczepionego nam strachu, tego samego, który wywołuje w nas obecnie nasz przeciwnik.