Zdjęcie: Pixabay
02-10-2026 08:45
Decyzja amerykańskiego Pentagonu o zorganizowaniu w Polsce zamkniętego spotkania roboczego poświęconego przyszłości sojuszu północnoatlantyckiego bez udziału państw bałtyckich wywołała ożywioną dyskusję wśród naszych sojuszników regionalnych. Jak donosi Politico, wybiórcze podejście Waszyngtonu zaniepokoiło część europejskich stolic, obawiających się postępującego podziału NATO na tle dawnych gróźb Donalda Trumpa o dzieleniu sojuszników na lepszych i gorszych, w zależności od ich wydatków na zbrojenia i zaangażowania w amerykańskie priorytety.
Warto zauważyć, że politycy Estonii, Litwy i Łotwy zgodnie tonują nastroje, odrzucając zarzut o marginalizacji wschodniej flanki NATO. W tak zwanym formacie z Bergen weźmie udział zaledwie sześć państw europejskich, w tym Niemcy, Holandia, Polska oraz kraje nordyckie. Prezydent Litwy Gitanas Nausėda uznał doniesienia za sztuczne podsycanie napięcia wokół wąskiego gremium, które w przyszłości może zostać naturalnie rozszerzone. Z kolei łotewski premier Andris Kulbergs przypomniał, że Stany Zjednoczone nieustannie konsultują kluczowe kwestie bezpieczeństwa w wielu innych, równoległych kanałach dyplomatycznych.
Brak zaproszenia dla Wilna, Rygi i Tallina oficjalnie uzasadniono względami czysto praktycznymi. „Ten węższy dobór państw jest bardzo pragmatyczny, ponieważ zaproszono kraje dysponujące zapleczem finansowym i strategicznym sprzętem, takim jak myśliwce czy bombowce, niezbędnym do przejęcia ciężaru obrony” – wyjaśnił litewski minister obrony Robertas Kaunas. Polityk zaapelował do komentatorów o porzucenie czarnowidztwa, przypominając, że państwa bałtyckie wciąż cieszą się za oceanem statusem wysoce wiarygodnych partnerów, w pełni wywiązujących się ze swoich zobowiązań.
Estoński rząd również przyjął wstrzemięźliwe stanowisko. Minister obrony Martin Herem wyraził przekonanie, że delegaci ze Skandynawii będą reprezentować interesy całego basenu Morza Bałtyckiego, gdyż utrzymanie stabilności na tym obszarze bez uwzględnienia wschodnich państw jest w praktyce niemożliwe. Eksperci wojskowi, tacy jak analityk Tony Lawrence, dodatkowo uspokajają, że w Bergen nie zapadną żadne wiążące decyzje o przyszłości paktu czy ruchach wojsk. Potwierdzeniem trwałego zaangażowania Waszyngtonu mają być także najnowsze deklaracje o utrzymaniu amerykańskiej obecności zbrojnej w krajach bałtyckich i dalszym jej wzmacnianiu nad Wisłą.
Z ugodowym podejściem rządzących nie zgadza się jednak część lokalnych polityków oraz komentatorów, którzy dostrzegają w zaistniałej sytuacji groźny precedens. Estoński poseł Raimond Kaljulaid uznał pominięcie regionu za powód do niepokoju, ostrzegając, że wysyła to Moskwie niebezpieczny sygnał o traktowaniu tej części Europy jako odrębnej strefy, przypominającej specyficzny status nadany niegdyś Krymowi. „Nie ma sensu robić dobrej miny do złej gry, powinniśmy bardzo poważnie zapytać naszych amerykańskich przyjaciół i sąsiadów, co to za dyskusje i dlaczego nas tam nie ma” – podkreślił parlamentarzysta.
Zwolennikiem ostrożniejszej dyplomacji pozostaje natomiast szef estońskiej komisji spraw zagranicznych Marko Mihkelson, który stanowczo przestrzega przed nerwowymi reakcjami i poczuciem wykluczenia. Jego zdaniem publiczne manifestowanie takiego stanowiska może jedynie pogłębić podziały wewnątrz sojuszu, doprowadzając do błędnych kalkulacji ze strony Kremla. Polityk przypomniał, że forsowana przez amerykańskiego stratega koncepcja nowej odsłony paktu ma docelowo wzmocnić wspólne bezpieczeństwo, a kluczowym zadaniem bałtyckich dyplomatów powinno być teraz budowanie faktycznej jedności sojuszniczej, zamiast podsycania bezpodstawnych obaw o polityczną izolację.