Zdjęcie: Pixabay
07-04-2026 09:30
"Na inne sojusze niż obecne nie mamy po prostu szans, możemy jednak i powinniśmy pytać o kształt tego sojuszu. A przywódcy Kremla mogliby wreszcie zrozumieć, że nieprowokowanie w Polsce nastrojów antysowieckich przez różne pogróżki i szantaże -leży także w ich interesie." - pisał w artykule pt. "Czego nam trzeba? czyli rzecz o Polsce" z października 1981 roku, Tomasz Mianowicz, opozycjonista. Wspominam te słowa nie tylko z perspektywy przeorientowania naszej sytuacji geopolitycznej, która dokonała się na przełomie tysiącleci, ale również z pojawiających się co jakiś czas, głosach o "obrotowym Antemurale".
W zasadzie można ciągnąć wątek presji sojuszniczej jeszcze jakiś czas, lecz nie chodzi tylko o to, aby wskazywać same fakty, ale aby wyciągać z nich prawidłowe wnioski. Dodam, iż ubiegłotygodniowy komentarz tygodnia znalazł swoją kontynuację w artykule Jurija Panczenki na łamach "Europejskiej Prawdy", jako że i w Kijowie dostrzeżono ostatnie zmiany podejścia dyplomatycznego w regionie. A najnowszym przykładem jest zamieszanie wywołane recenzją estońskiego dziennikarza Meelisa Oidsalu, wspomnień byłego sekretarza generalnego NATO, Jensa Stoltenberga, które zostały opublikowane w grudniu minionego roku.
"Opowiadałem się za nowymi spotkaniami Rady NATO–Rosja, aby omówić między innymi proponowane strefy buforowe. Wiedziałem, że państwa członkowskie takie jak Polska i kraje bałtyckie są zdecydowanie przeciwne tworzeniu takich stref, ponieważ uważały, że utrudniłoby to obronę ich terytoriów. Jednocześnie wiedziałem, że NATO i Rosja wcześniej potrafiły uzgodnić geograficzne ograniczenia wojskowe. Jeśli byłoby to zrównoważone i możliwe do kontrolowania, mogłoby pomóc w złagodzeniu napięć. Ale Ławrow nie był zainteresowany. Wiedział, że Ukraina znalazłaby się na szczycie agendy, gdyby rada się zebrała, i miał już serdecznie dość słuchania, jak wskazujemy na rosyjskie naruszenia prawa międzynarodowego. „Strata czasu” – powiedział." - Oidsalu przytacza taki fragment wspomnień Stoltenberga.
"Autor, który skądinąd kładzie nacisk na jedność i konsensus NATO, najwyraźniej nie rozumie, jak destrukcyjne jest takie podejście z punktu widzenia zaufania wewnątrz sojuszu, skoro jest się skłonnym do normalizacji ram, które są niebezpieczne z punktu widzenia Europy Wschodniej, tylko dlatego, że pomagają one „utrzymać otwarte kanały” z Rosją." - napisał Oidsalu, który powołuje się na rozmowy z estońskimi dyplomatami, którzy potwierdzają próbę poruszenia tego tematu przez ówczesnego szefa NATO.
Jak można było przypuszczać, z największym oddźwiękiem takiej interpretacji wspomnień polityka spotkamy się w państwach bałtyckich. Jednak z nieco innym podejściem. W Estonii, Marko Mihkelson, przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Riigikogu, komentując kontrowersje, ocenił, że Jens Stoltenberg miał już wcześniej naiwne poglądy na temat Rosji. „Nie ma więc w tym nic zaskakującego. Utrzymywał tę linię aż do czasów, gdy można było jeszcze mówić o jakimś formalnym dialogu z Rosją” - powiedział estoński polityk. I kolejna ważna uwaga, zwłaszcza biorąc pod uwagę dalsze oceny w regionie.
"Według Mihkelsona nie można zapominać, że głównym celem strategicznym Rosji w wojnie z Europą jest zniszczenie NATO. „I próbują to zrobić naszymi własnymi rękami. Żebyśmy sami to rozmontowali, żebyśmy zwrócili się przeciwko naszym sojusznikom i sobie nawzajem. I żebyśmy wiarygodność Artykułu Piątego, czyli klauzuli o wzajemnej obronie, była bliska zeru”." - podkreślił Mihkelson.
Na Łotwie, niemal jednoznacznie oceniono recenzję, jako "atak dezinformacyjny na NATO". "Na fakt, że z treści książki nie można wyciągnąć takich wniosków, zwraca uwagę wielu ekspertów, którzy uważają opinię estońskiego recenzenta za przesadną i apelują o uwzględnienie inwestycji Sojuszu Północnoatlantyckiego w umacnianie bezpieczeństwa wschodniej flanki za czasów Stoltenberga. Minister spraw zagranicznych Baiba Braže uważa, że treść recenzji książki jest atakiem dezinformacyjnym na NATO [przypomnę, że minister w czasach Stoltenberga pełniła funkcję zastępczyni sekretarza generalnego NATO do spraw dyplomacji publicznej - aut.]. Sam Stoltenberg również wyraził dziś swoją opinię: „Każdy, kto przeczytał moją książkę w całości, widzi, że spotkanie z Siergiejem Ławrowem podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ we wrześniu 2021 roku nie było ani tajne, ani nie omawiano żadnych propozycji NATO dotyczących stref buforowych. To Rosja zgłosiła propozycje ograniczenia działań wojskowych na granicy między Rosją a NATO. Moja propozycja zakładała zwołanie posiedzenia Rady NATO-Rosja, w którym, oczywiście, miałyby uczestniczyć wszystkie państwa sojusznicze, w tym państwa bałtyckie i Polska. Moim celem było poszukiwanie sposobów na zmniejszenie napięcia w niebezpiecznej sytuacji stworzonej przez koncentrację rosyjskiej siły militarnej i rozmawiałem o tym również z Ławrowem. […] " - czytamy w mediach.
Podobną opinię można było usłyszeć na Litwie. „Mogę od razu powiedzieć, że to zwykła dezinformacja. (...) Pod koniec 2021 roku Rosjanie faktycznie przedstawili te tak zwane ultimatum zarówno NATO, jak i Stanom Zjednoczonym, (...) ultimatum były naprawdę najbardziej brutalne, a jednym z ich aspektów było wycofanie wszystkich sił sojuszniczych z nowych członków NATO, którzy dołączyli po 1997 roku. Oznacza to, że dotyczyłoby to 12 państw. To było ultimatum Rosji, zostało nam przedstawione, widzieliśmy je i nie było nawet o nim mowy” – powiedział były ambasador Litwy przy NATO i doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Deividas Matulionis. Z kolei litewski ambasador w Szwecji i były minister spraw zagranicznych Linas Linkevičius stwierdził, że nie przypomina sobie, aby sekretarz generalny NATO kiedykolwiek nieoficjalnie rozważał oddanie państw bałtyckich Rosji „jako strefy buforowej”.
Ukraińskie media podjęły ten wątek, ale w szerszym kontekście, łącząc go z aktualnymi tarciami na linii Trump-NATO. Nawiasem mówiąc w tych dniach pojawiło się inne wspomnienie, byłej kanclerz Angeli Merkel. Była szefowa niemieckiego rządu, uparcie broni swojego modelu "dialogu" z Moskwą. "Merkel uważa, że porozumienia, które wynegocjowała w 2015 r., dały Ukrainie czas na przygotowanie się do wojny na szeroką skalę z Rosją. „Patrząc wstecz, myślę, że słusznie podjęto wysiłki, aby jak najdłużej uchronić Ukrainę przed zaborem, tak aby mogła stać się silniejsza, nawet do 2021 roku” – dodała była kanclerz. Jedni pozwalali "na wolność", zaś następcy wysyłali hełmy - ot, też jakaś forma pomocy.
Wracając do głównego wątku, to czy była to nadinterpretacja czy też nie, to już kwestia naszych ocen. Trzeba jednak stale zdawać sobie cały czas sprawę z tego iż im dalej od naszego regionu, tym postawy będą bardziej skore do negocjacji. Chociaż to nie jest stałą regułą. W minionych dniach litewskie media zauważały, że część podzielonej białoruskiej opozycji demokratycznej chce dialogu z reżimem Łukaszenki. O roli niektórych niedawno uwolnionych, już wspominałem, co zresztą już znalazło potwierdzenie.
Z mojego punktu widzenia, te wszystkie rozterki pojawiają się w szczególnym okresie. Jak zauważa Nona Mikhelidze, uznana analityczka z włoskiego IAI, wojna USA na Bliskim Wschodzie nie jest tym co sygnalizowali polscy eksperci - rzekomym ułatwieniem dla Rosji.
"Media zostały zalane nagłówkami głoszącymi właśnie to, oparte na pozornie solidnych przesłankach: wraz z eskalacją konfliktu rosną ceny ropy, a Rosja może skorzystać z niespodziewanego wzrostu dochodów, dając bardzo potrzebną ulgę i tak już nadwyrężonej gospodarce. Ale czy tak jest naprawdę? I nawet jeśli Moskwa zgarnie trochę dodatkowych pieniędzy, czy automatycznie przełoży się to na strategiczne zwycięstwo Kremla? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zacząć od bardziej fundamentalnego pytania: jakie wartości, priorytety i warunki skłoniłyby Władimira Putina do uznania siebie za zwycięzcę?" - zauważa Mikhelidze.
Ekspertka dodaje, że ukraińskie ataki dronów poważnie zakłóciły rosyjski eksport ropy, uszkadzając kluczowe porty i terminale, co tymczasowo ograniczyło do 40% zdolności eksportowych kraju, powodując jedno z największych zakłóceń w historii rosyjskiego rynku naftowego. Problemy te nie ograniczają się do mniejszej ilości ropy – zmuszają też do przekierowywania dostaw do alternatywnych portów, co wymaga dodatkowej infrastruktury i czasu, których Rosja nie dysponuje łatwo. Dodatkowo, mimo wysokich cen światowych, Moskwa musi sprzedawać surowiec ze znacznymi rabatami, aby znaleźć nabywców w krajach takich jak Chiny czy Indie.
Według Mikhelidze, strategiczna pozycja Rosji na Bliskim Wschodzie wskazuje na poważne ograniczenia jej wpływów. Mimo aspiracji Kremla do systemu, w którym prawo międzynarodowe obowiązuje wszystkich, lecz tylko nieliczni mogą je bezkarnie łamać, działania USA – w tym interwencje w Iranie i inne jednostronne posunięcia – pokazują, że Moskwa staje się coraz mniej istotnym graczem. Destabilizacja Iranu, który był kluczowym partnerem gospodarczym i strategicznym, wraz z wcześniejszą erozją relacji z Armenią, Syrią i Wenezuelą, podkreśla spadek zdolności Rosji do kształtowania wydarzeń w regionie. Nawet jeśli Rosja uzyskuje pewne pośrednie korzyści ekonomiczne z rosnących cen energii, nie wynikają one z jej inicjatywy, lecz z działań innych mocarstw.
Pośrednim dowodem na prawidłowy wniosek tej analizy, są opinie estońskich ekspertów rynku. "Estońscy eksperci uważają, że w Rosji przywrócenie przepustowości portów nad Zatoką Fińską zajmie od kilku miesięcy do półtora roku, w zależności od skali zniszczeń. Straty finansowe są w każdym razie znaczne i wykraczają poza utracone dochody z eksportu i koszty odbudowy.(...) Praktycznie wszystkie części rosyjskiego sektora naftowego ucierpiały w wyniku ataków ukraińskich dronów. Ekspert ds. transportu i gospodarki, Raivo Vare, podkreśla, że oprócz portów, ważne jest również atakowanie rafinerii w całej Rosji. Według niego, to właśnie wyłącza z użytku 43% rosyjskiego potencjału eksportowego." - czytamy w estońskich mediach.
Pewnego rodzaju podsumowaniem obecnej sytuacji, jest już coraz cichszy i coraz mniej dostrzegany apel sekretarza generalnego ONZ, António Guterresa, który ostrzegł, że jeśli działania wojenne na Bliskim Wschodzie nie zostaną przerwane, konflikt regionalny może przerodzić się w globalną katastrofę, która będzie miała negatywne skutki dla całej planety. Przykra konstatacja dotyczy faktu znanego od lat: czy ktokolwiek jeszcze rzeczywiście docenia głos ONZ?