Zdjęcie: Pixabay
17-02-2026 09:30
"Point de rêveries, messieurs, point de rêveries!" - żadnych złudzeń Panowie - słowa cara Aleksandra II z 1856 roku, kierowane do polskiej delegacji, z miejsca ostudziły jakiekolwiek nadzieje na odwilż po krymskiej klęsce Moskali. I choć te zdanie - siłą rzeczy - odnosimy li tylko do naszej historii, to równie dobrze odwzorowują historię każdego narodu byłej I Rzeczpospolitej, pogrzebanej w 1795 roku.
Tak jak jesteśmy związani od czasów średniowiecza, los Białorusi będzie wracał i wpływał na naszą historię. Pokazują to wydarzenia także minionych dni. Zaaferowani debatami odbywającymi się w ramach Konferencji w Monachium, mniej zwracaliśmy uwagę na to, co dzieje się za Bugiem. A tam, Kreml jasno przypomniał granice obecnego imperium. Tym razem historyczne słowa cara wybrzmiały w nowej wersji czy to Marii Zacharowej, czy Michaiła Gałuzina, wiceministra spraw zagranicznych. Z kolei czekając na ocenę swojego pryncypała, szef białoruskiej Rady Bezpieczeństwa Aleksandr Wolfowicz, dorzucił swoją garść zarzutów, tradycyjnie już skierowaną przeciwko Polsce i krajom bałtyckim.
Białoruski publicysta opozycyjny, Ihor Lenkiewicz, przypuszcza, że ten ostatni wysyp "ostrzeżeń" to przygotowanie nowej kampanii Łukaszenki, celem przedłużenia swojej władzy. Jak przypomina Lenkiewicz, Łukaszenka został zmuszony do publicznego, transmitowanego przez rosyjskie media podpisania zobowiązania wobec Kremla i osobiście Putina, że po przyjęciu nowej konstytucji w 2022 roku ustąpi w ciągu dwóch lat, przygotowując wcześniej Białoruś do transformacji. Ta obietnica dotąd nie została spełniona.
Według publicysty, obecna kampania kieruje przekaz przede wszystkim do Moskwy i osób odpowiedzialnych za rosyjską strategię. Jego celem jest przekonanie Kremla, że bez Łukaszenki Białoruś pogrąży się w chaosie, zagrożone zostaną dotychczasowe osiągnięcia integracji z Rosją, a na zachodnich granicach imperium powstanie kolejny punkt niestabilności. W ten sposób Łukaszenka chce sprawić, by władze rosyjskie uznały go za „mniejsze zło” i pozostawiły u władzy jako gwaranta stabilności.
Sam Łukaszenka wciąż robi dobrą minę do tej z góry przegranej gry. Kreml jasno postawił poprzeczkę, mówiącą o tym, iż tym kto otrzyma jarłyk zarządzania Białorusią, zadecyduje obecny car. Tym samym pozostaje niewiadomą, czy model azerski zrealizuje się w postaci przekazaniu władzy Nikołajowi. Jednak wczorajsza przemowa Łukaszenki była równie wiernopoddańcza, co znów napełniona zbytnią pewnością siebie. Notabene, warto też dodać, że Łukaszenka podważył również istnienie ONZ i OBWE, co jest ostatnio nową nutą jego narracji.
"Otrzymałem dziś raport: niektórzy w Rosji mówią, że ktoś próbuje oderwać Białoruś od Rosji. Nie będę tego nawet komentował. Powiem tylko jedno: nie ma dziś siły, która mogłaby oderwać Białoruś od Rosji ani Rosję od Białorusi. Okoliczności sprzysięgły się, by nas ze sobą związać, prawdopodobnie na wiele, wiele dekad i wieków. Chociaż generalnie nie ma nam nic do zarzucenia – Białorusini – zawsze byliśmy zorientowani na Rosję. Tam jest wiele naszego, jeśli nie wszystko. Tam są nasze zasoby, tam jest nasz rynek, jeśli chodzi o gospodarkę. Jesteśmy z wami. Mamy w tym względzie pełną jedność. Także w sensie politycznym. (...) Widziałem różnych prezydentów - ktoś wyliczył, że pięciu amerykańskich. Widziałem różne sytuacje. I nie da się mnie tak po prostu wyprowadzić w pole ani zepchnąć na bok. Mam w tym zakresie duże doświadczenie. Wielu, wielu Rosjanom, a jeśli zechcecie, to i my wielu możemy doradzić, jak zachowywać się wobec tego „szalonego Zachodu”, którego główną częścią są Stany Zjednoczone Ameryki." - mówił aktualny zarządca Białorusią. Odwoływanie się do dotychczasowego doświadczenia politycznego brzmią szczególnie słabo w świetle tej ostatniej fali rosyjskich "ostrzeżeń".
W pewnym sensie, sytuacja polityczna Łukaszenki jest równie słaba, co obecnej opozycji demokratycznej. To co według Łukaszenki jest "wspólną ojczyzną od Brześcia do Władywostoku", nie jest wcale wspólnotą dwóch suwerennych państw, ale zależnością lennika od suwerena. Miniony rok dowiódł jak bardzo, zwłaszcza pod względem wykorzystywania zasobów. I o ile teraz Łukaszenka jest potrzebny, to nie będzie on mieć nigdy pewności, że to się nie zmieni. Ale liczy się tu i teraz.
"Putin nie ma problemu z obserwowaniem, jak Łukaszenka prowadzi swoją politykę zagraniczną na kierunku zachodnim. Kluczowe pozycje zostały zajęte przez Rosję bardzo dawno temu - nie po 2020 roku, lecz co najmniej po 2010 roku. I, że tak powiem, jeśli Zachód przyjdzie do Mińska z propozycją jakichś pieniędzy, będzie to oznaczać, że po prostu pomoże Putinowi zaoszczędzić jego własne, rosyjskie środki” - uważa ekspert i przypomina, że w latach 2015–2020, gdy Zachód prowadził wobec Łukaszenki politykę, którą nazywa „polityką światła słonecznego”, Moskwa „nigdzie się nie szarpała, zachowywała się jak zwykle”. „Dawała jakieś pieniądze i podpisywała pewne dokumenty. Ponieważ Łukaszenka jest dla Moskwy narzędziem, instrumentem pośredniej kontroli nad Białorusią, którego w tym momencie nikt inny nie jest w stanie zapewnić.” - podkreśla Arkady Moszes z fińskiego FIIA. Ekspert wskazuje jednak to, co widać również doskonale z polskiego punktu widzenia: Europa przyznała, że Łukaszenka pozostanie w orbicie Moskwy. A tym samym odejście od sankcji jest - w obecnej sytuacji - tym bardziej mało realne. A to rodzi kolejne reperkusje.
Zresztą w cieniu debat monachijskich, rozgrywał się inny, mały dramat dotyczący naszej przestrzeni. Znów sojuszniczy. Praktycznie mimochodem litewskie media napomknęły, że "w kuluarach" doszło do spotkania polityków państw bałtyckich z kanclerzem Merzem. Oczywiście mógł być tylko jeden temat tego spotkania, który dotyczy od wielu miesięcy tego samego. Styczniowe podróże prezydenta Litwy (7-8 stycznia), premier (29 stycznia) i ministra obrony (27 stycznia), w Berlinie - rozdzielone nieco czasowo - również były zabieganiem o realizację obietnicy lokacji niemieckiej brygady. Częstotliwość tych wizyt pokazuje skalę problemu.
Na tę chwilę mamy tutaj klasyczny przykład "ersatz-brigade", czyli włączenie do niemieckiej 45 brygady pancernej pozostałych sił NATO, dawnych sił eFP na Litwie. Jednak jest jeszcze osobny problem. Bo załóżmy, że obecne kłopoty kadrowe są przejściowe i rzeczywiście uda się dociągnąć liczbą niemieckich żołnierzy do tych czterech tysięcy (miało być tysiąc więcej). Sęk w tym, czy w świetle ostatnich doniesień ta liczba, a przede wszystkim jakość, zrobi różnicę w chwili próby? W mojej ocenie to dość istotne, zwłaszcza jeśli spojrzymy na region, i tego, kto jest bliżej i ma bardziej zdeterminowane siły do obrony. Kolejny litewski kłopot (poza kwestią balonów) - a jeszcze szerzej państw bałtyckich - jest faktycznie naszym, polskim zadaniem do rozwiązania. Tak, jak było już to kiedyś wiele razy.
To monachijskie tło, które wciąż dzisiaj się przewija, potrzebuje krótkiego omówienia. Czy przyniosło coś naszej przestrzeni? Żal było czytać artykuł Serhija Sydorenki, który usiłował przekonywać, że Ukraina wygrała w Monachium. Niestety, ale poza zwróceniem uwagi, faktycznie niewiele to dało. Szefowa unijnej dyplomacji, była premier Estonii, Kaia Kallas otwarcie przyznała, że rządy państw członkowskich UE nie są gotowe podać Ukrainie konkretnej daty przystąpienia. Z kolei ambasador Matthew Whitaker, przedstawiciel USA przy NATO uznał, że Moskwa może nigdy nie podpisać porozumienia pokojowego.
Natomiast Kristi Raik, dyrektorka estońskiego ICDS, oceniła, że ma nadzieję, iż Europejczycy nie przyjmą przemówienia Marco Rubia zbyt optymistycznie. „Mam nadzieję, że tak się nie stanie. Oczywiście odczuwa się pewną ulgę i przynajmniej na razie wydaje się, że Stany Zjednoczone nie planują żadnego drastycznego odejścia od Europy ani NATO, ale jednocześnie przesłanie ze strony USA jest nadal bardzo jasne: Europa musi stać się silniejsza i zadbać o własne bezpieczeństwo” – powiedziała Raik. „Osoby, z którymi dzisiaj rozmawiałam, nie uważają, że Europa ma teraz powód do odczuwania ulgi. Nastrój jest raczej poważny. W stosunkach transatlantyckich nie ma powrotu do dawnych czasów, że tak powiem, sojusznicy oddalili się od siebie. A jednym ze znaków, który szczególnie budzi wątpliwości, jest to, że Marco Rubio w ogóle nie wspomniał o Ukrainie w swoim przemówieniu” – skomentowała Raik. Zresztą Rubio nie wspomniał też o zagrożeniu ze strony Rosji.
"W chwili gdy cała Europa dyskutuje o znaczeniu ostatniego amerykańskiego przemówienia, nie sądzę, by wiele osób dyskutowało o przemówieniach Europejczyków w USA. Oznacza to, że Europa po raz kolejny padła ofiarą strategii narzuconej przez innych." - trafnie punktuje Gabrielius Landsbergis, były szef litewskiej dyplomacji, który dodaje, że opuszcza Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa w nastroju, który dyplomaci określiliby jako „zamyślony”.
"Wciąż są ludzie oburzeni i zdezorientowani faktem, że Europa nie została zaproszona do negocjacji między USA, Rosją i Ukrainą. Europa miała jednak możliwość zrobienia wszystkiego, co konieczne, by uzyskać zaproszenie do takich rozmów. Zamiast tego przywódcy postanowili zwlekać, więc byli zmuszeni zaakceptować decyzję wszystkich innych. Otwarcie kanału dyplomatycznego na Putina nie stworzy możliwości negocjacji, może go jedynie obdarzyć kolejnym dowodem europejskiego samoupokorzenia." - Landsbergis potwierdza tu wątek, o którym wspominałem tydzień temu.
Mam wrażenie, że na tym oficjalnym poziomie dostrzeganym przez zwykłego obywatela, te wszystkie debaty wnoszą bardzo niewiele do świata faktów, który rządzi się już własnymi zasadami. Dla przypomnienia, olimpijskie Włochy padły ofiarą sabotażu na kolei, a według fińskiego ministra obrony, Rosja rozbudowuje siły wojskowe i nuklearne w Arktyce oraz buduje infrastrukturę wojskową wzdłuż granicy z Finlandią. Media państw bałtyckich wyróżniły wiadomość o wypowiedzi prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie pozyskania broni jądrowej. Wreszcie estoński minister spraw zagranicznych Margus Tsahkna, musi wyjaśniać, że narracja, jakoby Estonia była jednym z najbardziej narażonych państw na rosyjski atak w Europie, to „fake news”.
"Poproszony o wskazanie najsłabszego punktu obrony Litwy, którego nie da się rozwiązać wyłącznie pieniędzmi czy sprzętem, dowódca bez wahania odpowiedział: „To jedność społeczeństwa. Ta sama, o której mowa w hymnie Litwy: "Niech jedność rozkwita". Dziś jedność nie rozkwita”. Zdaniem D. Vaicikauskasa to zdanie brzmi obecnie bardziej jak cel do osiągnięcia niż opis rzeczywistości. Nie dlatego, że społeczeństwo jest słabe czy obojętne, lecz dlatego, że jest nieustannie rozrywane przez kilka działających jednocześnie wektorów: wewnętrzne spory, dezinformację, polaryzację polityczną oraz próby skłócania podejmowane przez obce wywiady. Rozmówca podkreślił, że nie jest to wyłącznie problem Litwy - w podobny sposób oddziałuje się dziś na wszystkie otwarte demokracje - jednak w przypadku Litwy podziały stanowią szczególne ryzyko, ponieważ nie mamy „amortyzatora populacyjnego”, czyli dużego społeczeństwa, w którym różnice opinii mogą zniknąć w statystyce." - polecam na koniec słowa płk. Dariusa Vaicikauskasa, dowódcy Litewskich Ochotniczych Sił Obrony Narodowej (KASP). Nie warto tkwić w złudzeniu, iż nic się nie zmieni.