Zdjęcie: VSAT
29-01-2026 08:10
Ponowne zakłócenia pracy lotniska w Wilnie spowodowane przelotami balonów z Białorusi wywołały reakcję dyplomatyczną władz, działania służb oraz debatę polityczną. W nocy z 27 na 28 stycznia balony trzykrotnie doprowadziły do wstrzymania ruchu lotniczego. Ograniczenia dotknęły kilkanaście rejsów i podróże od kilkuset do ponad dwóch tysięcy pasażerów, w tym lot, którym do Wilna miał wracać minister transportu. Był to pierwszy tak poważny paraliż portu lotniczego od początku grudnia ubiegłego roku.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych wezwało tymczasowego chargé d’affaires ambasady Białorusi i przekazało mu notę dyplomatyczną z ostrym protestem. Litwa uznała incydenty za poważne naruszenie prawa międzynarodowego oraz realne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa i lotnictwa cywilnego, domagając się natychmiastowego zapobieżenia podobnym zdarzeniom. Jednocześnie zaznaczono, że w przypadku ich powtarzania się możliwe będzie ponowne wprowadzenie ograniczeń w ruchu granicznym lub zastosowanie innych środków w celu ochrony przestrzeni powietrznej.
O sprawie poinformowano również sojuszników. Minister spraw zagranicznych Kęstutis Budrys zapowiedział wczoraj przekazanie pełnej dokumentacji dotyczącej incydentów partnerom w Unii Europejskiej, Komisji Europejskiej oraz Stanom Zjednoczonym. „Przygotowujemy informacje dla naszych partnerów w UE i dla Komisji Europejskiej, a także przekażemy je stronie amerykańskiej. Wspólnie będziemy szukać bardzo konkretnych rozwiązań” – powiedział. Jednocześnie podkreślił, że Litwa od dłuższego czasu przekazuje sojusznikom dane o działaniach reżimu Łukaszenki, zastrzegając jednak, że „nie powinniśmy uprzedzać faktów”, bo „istnieją różne możliwe wyjaśnienia” odpowiedzialności za loty balonów.
Tym niemniej, ostatnie wydarzenia wpłynęły na dyskusję, dotycząca reakcji na te białoruskie działania, które służby jednoznacznie oceniają jako działania sterowane przez reżim Łukaszenki. Politolog Dovilė Jakniūnaitė oceniła, że wcześniejszy optymizm litewskich władz wobec roli Stanów Zjednoczonych był przedwczesny. „Nie widać, by USA chciały sięgnąć po jakieś ostre sankcje lub środki karne, żeby ten problem był rozwiązywany z myślą o Litwie” – stwierdziła. Jej zdaniem brak zdecydowanej reakcji międzynarodowej sprzyja nawrotowi zagrożeń.
Podobnie krytycznie wypowiada się część opozycji parlamentarnej. Była przewodnicząca Seimasu i szefowa liberałów, Viktorija Čmilytė-Nielsen uznała, że deklaracje o zatrzymaniu działań hybrydowych „nie mają nic wspólnego z rzeczywistością”, a temat został zepchnięty na dalszy plan, gdy pojawiło się chwilowe uspokojenie sytuacji. Inny członek sejmowego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (NSGK) Dainius Gaižauskas zwracał uwagę, że bez jasnego stanowiska parlamentu trudno będzie zabiegać o solidarność innych państw. „Jeżeli parlament potwierdzi, że mamy do czynienia z atakiem hybrydowym, wtedy będziemy mogli domagać się aktywowania planów obronnych i wsparcia sojuszników” – mówił.
Premier zapowiedziała zwołanie posiedzenia komisji bezpieczeństwa narodowego, jednocześnie chwaląc działania służb. „Dziś naprawdę mogę pochwalić pracę służb, działają znacznie skuteczniej niż na początku kryzysu” – oceniła, zaznaczając, że okres świąteczny przyniósł jedynie chwilowe uspokojenie. Według rządu ostatnie incydenty pokazują, że zagrożenie nie zniknęło, a problem balonów z Białorusi nadal pozostaje jednym z kluczowych wyzwań dla bezpieczeństwa Litwy.