Opinie Komentarze Analizy

Sprężyna

Zdjęcie: Pixabay

Sprężyna

Michał Mistewicz

03-03-2026 09:30

"Sytuacja najcięższa, wprost dramatyczna, panuje na Białorusi. Władze dążą tu nie tylko do bezwzględnej rusyfikacji, ale także do zamknięcia kościołów i  zlikwidowania normalnej pracy duszpasterskiej.(...) Polityka ta jest bardzo przemyślana, konsekwentna i długofalowa.(...) Nawet język białoruski jest coraz bardziej eliminowany ze szkół. Najmłodsze pokolenie pomimo nazwisk i imion polskich mówi wyłącznie po rosyjsku. Historia Polski, wykładana w ramach historii Europy, ujęta jest odrażająco i  nie ukazuje żadnych osiągnięć kulturalnych Polski." - pisał o swoich wrażeniach z pobytu w ZSRR w 1973 roku, ks. prof. Roman Dzwonkowski, który pod pseudonimem Józef Mirski opublikował je na łamach paryskiej "Kultury". Jak widać, Łukaszenka pieczołowicie kontynuuje sowieckie, a wcześniej przecież również carskie, tradycje.

Wstęp ten jest znów tłem dla omawianych kwestii. Kiedy zdecydowana większość przekazów medialnych zapełniona jest dramatycznymi, a przecież spodziewanymi, przekazami z Bliskiego Wschodu, wtedy pojawia się uzasadniona obawa. Odwracanie uwagi to stan w ostatnich czasach niemal permanentny. A niestety już są tego namacalne dowody. Zamiast brać udział w ćwiczeniach na Bałtyku, francuski lotniskowiec - zresztą "przyjęty" odpowiednio przez Rosjan - popłynął w rejon aktualnego konfliktu.

Moim zdaniem, trudno nie zgodzić się z wnioskami Marka Menkiszaka, eksperta OSW, iż Rosja w jakiś sposób będzie starała się wykorzystać obecną sytuację. Niedocenianie obecnej słabości Moskali na Ukrainie oraz brak reakcji na niszczenie swojego sojusznika, może skończyć się podobnie, jak to już miało miejsce w niedawnej przeszłości. W lutym 2008 roku, nastąpiło ogłoszenie niepodległości Kosowa i spontaniczna niemal akcja części państw UE, uznania tego aktu. Notabene do dzisiaj Kosowo dzieli los Abchazji, Osetii i innych para-państw, które nie zostały uznane przez ONZ. Ale zaledwie pół roku później, zdziwione kraje zachodnie, musiały szybko reagować na zbrojny wjazd Rosjan w granice Gruzji - powołujących się przy tym na kosowski precedens. To niestety przykre fakty.

Praktyczne milczenie (poza zwyczajowymi oświadczeniami) Pekinu i Moskwy w obecnym konflikcie, może mieć zupełnie inne podstawy, niż się to teraz ocenia. Stąd warto przyjrzeć się wydarzeniom na Białorusi, gdyż wypadkową polityki suwerenów są działania wasali, w tym przypadku Łukaszenki. I tutaj także mamy do czynienia z pewnym bezwładem.

"Oficjalna reakcja władz białoruskich różni się od stanowiska Rosji. Moskwa wprost potępiła agresję Izraela i USA na Iran. Białoruskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało 28 lutego dwa oświadczenia. Jedno z nich wyrażało niejasne zaniepokojenie eskalacją konfliktu wokół Iranu. Drugie potępiło atak na Iran, ale nie określiło Izraela i USA mianem agresorów, podkreślając aspekt humanitarny. Ta ostrożność wynika nie tylko z faktu, że Mińsk nie jest na razie zainteresowany konfliktem ze Stanami Zjednoczonymi, z którymi trwają negocjacje, ale również z faktu, że Łukaszenka przedstawia się niemal jako zwolennik Trumpa. (...)  Jakie są roszczenia i żądania USA wobec Iranu? Waszyngton żąda od Teheranu likwidacji programu broni jądrowej i rakiet dalekiego zasięgu. Tymczasem Białoruś rozmieszcza (lub planuje rozmieścić) rosyjską broń jądrową i system rakietowy Oresznik na swoim terytorium. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ostatnio zwrócił uwagę na rozmieszczenie tych ostatnich , apelując do Europy i Stanów Zjednoczonych. Analogia do sytuacji w Iranie jest bardzo wyraźna." - napisał analityk polityczny Waleryj Karbalewicz.

"Milczenie Łukaszenki nie dziwi. Polityk pokłada duże nadzieje zarówno w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, jak i w Omanie. Łukaszenka odwiedza te dwa państwa Zatoki Perskiej z godną pozazdroszczenia regularnością, często w towarzystwie rodziny. (...) Wielokrotnie pojawiały się przypuszczenia, że klan Łukaszenki aktywnie inwestuje swoje pieniądze w ZEA oraz w Omanie. Dlatego teraz polityk musi zachowywać ostrożność. Pozostaje mieć nadzieję, że konflikt w regionie nie przeciągnie się na długo. I że jednak nie będzie trzeba dokonywać wyboru między Iranem, ZEA a Omanem. Być może uda się przemilczeć sprawę i jakoś się prześlizgnąć." - dodaje ironicznie Ihor Lenkiewicz, białoruski publicysta.

A jednak w tym przewidywalnym bezruchu tkwi coś jeszcze. Praktycznie niezauważona przez polskie media, przeszła ubiegłotygodniowa wizyta Łukaszenki w Moskwie. Rzeczywiście, kolejne komunikaty o rozmowach Putina i Łukaszenki brzmiały nadzwyczaj nudno i sztampowo. Specjalnie nie ożywiły tego obrazu kolejne zapewnienia Putina, iż "wspólnie z naszymi białoruskimi przyjaciółmi będziemy nadal robić wszystko, co konieczne, aby zapewnić bezpieczeństwo militarne przy użyciu wszystkich sił i środków, jakimi dysponują nasze kraje". Jak można przypuszczać, obaj dyktatorzy już wiedzieli z danych wywiadu, co się szykuje na Bliskim Wschodzie. Jednak równocześnie w białoruskiej przestrzeni medialnej pojawiły się interesujące artykuły.

"Nasza Niwa" opublikowała analizę Mikałaja Statkiewicza, polityka opozycyjnego, który niedawno ponownie zwolniony został z więzienia Łukaszenki. W mojej opinii warto przeczytać ten artykuł, wiedząc jednak, że autor pozostaje wciąż na Białorusi i nie znamy wszystkich okoliczności jego uwolnienia przez władze reżimu. Co ciekawe, pierwsze wnioski tej analizy są analogiczne do tych, które pojawiały się już również w polskich opracowaniach.

Tak więc analiza wskazuje, że oficjalne rosyjskie uzasadnienie wojny – powstrzymanie rozszerzenia NATO – było jedynie pretekstem. Rzeczywistym celem miało być podporządkowanie sobie Ukrainy i jej ludności, co wiązano z problemem spadku liczby ludności w Rosji. Wojna miała także pomóc w przezwyciężeniu kryzysu tożsamości narodowo-historycznej Rosjan po rozpadzie ZSRR oraz doprowadzić do zniesienia zachodnich sankcji nałożonych po aneksji Krymu. Autor ocenia jednak, że była to strategiczna pomyłka Kremla, która niezależnie od podejmowanych działań pogarsza sytuację Rosji.

"Obecny system podejmowania decyzji na Kremlu niesie ze sobą duże ryzyko nieprzemyślanych, ryzykownych decyzji. Podsumowując, można stwierdzić, że w takim systemie decyzja o rozpoczęciu wojny, nawet z użyciem broni jądrowej, jest bardzo prawdopodobna. Ryzyko, że Rosja rozpocznie wojnę z Zachodem jest więc naprawdę wysokie. (...) Oczywiste jest, że pierwsze uderzenie wojsk rosyjskich nastąpi z terytorium Białorusi i zostanie skierowane przeciwko państwom bałtyckim, które są geograficznie oddzielone od głównych państw NATO i mogą zostać od nich odizolowane. Ponadto ich okupacja pozwoli Flocie Bałtyckiej odzyskać przestrzeń operacyjną i zapewni bezpieczeństwo komunikacji morskiej z obwodem królewieckim, a także zapewni większe gwarancje eksportu rosyjskich węglowodorów z portów obwodu leningradzkiego." - pisze Statkiewicz, który twierdzi, że rosyjscy dowódcy wzorując się na operacjach II wojny światowej m.in. Bagration, główne uderzenie wyprowadzą przeciwko Łotwie, a pomocnicze wobec Litwy, tym razem z użyciem broni termojądrowej.

"Mińsk od lat prowadzi wojnę hybrydową z państwami sąsiednimi w interesie Rosji – a przynajmniej robił wszystko, co mógł. Teraz Mińsk zdał sobie sprawę, że odpowiedź może nadejść. Że Ukraina, Polska i Litwa, które dotychczas po prostu odgrodziły się od szkodliwego sąsiada, mogą w pewnym momencie zacząć reagować siłą, hybrydowo lub bezpośrednio. Dlatego Mińsk zacieśnił uścisk. (...) Mińsk wyraźnie wykazuje rosnące zainteresowanie wszystkim, co jest związane z kwestiami nuklearnymi. Istnieją powody, by sądzić, że zwolennicy Łukaszenki chcieliby mieć własną broń jądrową, a nie tylko głowice bojowe rozmieszczone przez Rosję." - napisał Mikoła Buhaj,  analityk "Naszej Niwy".

Ocenę ciekawego skądinąd artykułu Statkiewicza pozostawiam ekspertom. Do tej samej kategorii można dodać ostatnie doniesienia o budowaniu wielowarstwowej obrony wokół przypuszczalnej bazy "Oresznika" koło Krzyczewa w białoruskim obwodzie mohylewskim. Tym niemniej, z mojego punktu widzenia, nietrudno zauważyć, że  występuje tutaj pewna zbieżność czasowa. Teksty i wydarzenia wpisały się czasowo w rosyjską narrację tworzoną najpierw przez SWR, a więc zagrożenia rzekomym, a zupełnie oderwanym do rzeczywistości, przekazaniem Ukrainie broni jądrowej przez Wielką Brytanię i Francję. Taka opowieść ma oczywiście znaczenie wielostronne: od wzbudzenia niepokoju w naszych społeczeństwach, po wywołanie wrażenia, że Ukraina nie może liczyć na głębszą pomoc z Zachodu.

Z drugiej strony, jak wspomniałem, nie wolno deprecjonować takich sygnałów. Prowokacje, sabotaże, napływ migrantów - to obecny wariant wykonawczy woli Kremla, a czy będzie inny? W to niestety nie wątpię, gdyż Rosja już dawno minęła punkt bez powrotu. Najważniejszy jest tutaj czas. A okienko dla Rosji zamyka się coraz szybciej, nie tylko za sprawą gospodarki, strat wojskowych, czy zmniejszanie liczby sojuszników. Zresztą reżim Łukaszenki zapowiedział wczoraj że Mińsk wspólnie z Iranem, Koreą Północną, Mjanmą i Rosją uzgodnił utworzenie grupy państw, która przygotuje i podpisze tzw. Euroazjatycką Kartę Różnorodności i Wielobiegunowości w XXI wieku. Kolejny kremlowski dokument, którego wartość będzie można poznać tylko w działaniu.

Tymczasem w tej naszej narodowej kłótni o zasadność funduszu SAFE, brakło jednego głosu. Wszak znacznie ważniejsza jest zupełnie inna konstatacja, której nadal brakuje. Sprzęt ro rzecz istotna, ale przecież nie najważniejsza. Kluczem dla przeciwnika zawsze będzie nasza postawa. Istotne jest to, na ile jesteśmy mentalnie przygotowani do obrony - o czym piszę od lat - jak zresztą wielu naszych Rodaków.

Dlatego z zadowoleniem można odnotować dalsze zacieśnianie współpracy narodów byłej I Rzeczpospolitej, tak w dziedzinie bezpieczeństwa, jak i politycznej oraz gospodarczej. Oczywiście nie dzieje się to bez dyskusji, przy czym warto byłoby zamienić obecne modne "deklaracje" na rzeczywiste umowy. Bo stan zagrożenia, z którym wszyscy się borykamy, nie jest wcale krótkoterminowy.


opr. wł.
Wirtualna kawa za pomocą portalu suppi.pl:
Wspieraj nas na suppi.pl